środa, 22 sierpnia 2018

Kryzys finansowy w Turcji – najważniejsza lekcja dla przeciętnego Kowalskiego

Nie – to nie będzie o tym, czy Polska to kolejna Turcja. Szczerze – to nie będzie nawet o rozwijającym się kryzysie finansowym w Turcji 🙂

To będzie o tym, co może zrobić zwykły człowiek, który żyje w peryferyjnym kraju, żeby choć częściowo uchronić swoje oszczędności przed skutkami nagłych lokalnych kryzysów finansowych.

Oczywiście może zawsze wyjechać do jakiegoś stabilniejszego, centralnego kraju. Ale to też nie będzie o tym.

Założenie tego wpisu jest trochę inne – co mogę zrobić bez wyjeżdżania na stałe, żeby w jakimś stopniu uniezależnić się od losów polskiej gospodarki, polskiej waluty, a może nawet polskich instytucji?


kryzys finansowy w Turcji 2018
TLDR (artykuł w jednym zdaniu)


Utrzymywanie części oszczędności w aktywach niepowiązanych z polską gospodarką, walutą i instytucjami może pomóc spokojniej przejść lokalne kryzysy.

Co ma do tego kryzys finansowy w Turcji?


To tak naprawdę tylko pretekst.

Podobnych przykładów rozregulowania i niestabilności, które niszczą wartość indywidualnych oszczędności, nie brakuje.

W nieodległej przeszłości przez kryzys finansowy przechodziły m.in. Rosja, Grecja, Ukraina, Argentyna i kilka innych krajów Ameryki Południowej.

Przyczyny, przebieg i droga do wyjścia z kryzysu mogą się różnić, ale z punktu widzenia przeciętnego obywatela objawy są podobne:


  • utrata wartości lokalnej waluty w stosunku do dolara i innych „twardych” walut
  • spadki wyceny lokalnych aktywów, w tym akcji i obligacji
  • wysoka inflacja lub deflacja cen
  • recesja w gospodarce ze wszystkimi konsekwencjami, np. na rynku pracy
  • fala bankructw firm i ważnych instytucji (np. banków czy ubezpieczycieli)


Ogólnie nic przyjemnego.

Coś takiego właśnie zaczyna rozwijać się w Turcji. Podczas gdy reszta świata „działa normalnie”.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy teraz takim tureckim Kowalskim, który od kilkunastu lat pracuje w małej lokalnej firmie, oszczędza w tureckiej lirze, w lokalnych bankach, ale też funduszach inwestycyjnych lokujących środki w akcje tureckich spółek i tureckie obligacje.

Nagle przez lokalny kryzys cały ten system zostaje zdestabilizowany:


  • pracodawca wymaga więcej, a nie chce płacić więcej („bo mamy kryzys”)
  • za tą samą wypłatę w lirze tureckiej można coraz mniej kupić (inflacja)
  • zagraniczne produkty, usługi, wakacje czy edukacja dzieci na zachodnich uniwersytetach są coraz droższe w przeliczeniu na turecką lirę (dewaluacja waluty)
  • fundusze inwestycyjne przynoszą dotkliwe straty przez baaaaaaardzo długi okres (bessa na lokalnych rynkach)


I to wszystko – powtarzam – gdy reszta świata „jedzie do przodu”.

Jak ochronić się przed lokalnym kryzysem?


Nie twierdzę, że Polska jest obecnie na ścieżce do takiego scenariusza. Problemy Turcji są bardzo specyficzne i wewnętrzne (więcej).

Ale jako mieszkańcy kraju peryferyjnego być może powinniśmy działać na poziomie indywidualnym, żeby jakoś wpływ takiego potencjalnego lokalnego kryzysu zamortyzować.

Zresztą – nie ma co do tego podchodzić jak to jeża. To jest w szczegółach rozpracowane. Problem jest rozwiązany. Wiadomo, jak to zrobić.

W skrócie: dywersyfikacja geograficzna oszczędności.

Pisałem już o tym w przeszłości, również w kontekście chronienia się przed lokalnymi kryzysami.

Przedstawiłem też kiedyś świetną książkę o tzw. „głębokim ryzyku”, która pomaga uporządkować myślenie o tych sprawach.

Pisałem o tym, ale gdybym dzisiaj sprawdził, jak wygląda podział moich oszczędności między aktywa związane z Polską i resztę świata, wyszłoby coś takiego:

Dywersyfikacja geograficzna

Gdyby dzisiaj przyszedł jakiś uporczywy, lokalny kryzys w Polsce, moje oszczędności mocno by go odchorowały.

Tylko 1/10 nie jest powiązana z polską gospodarką lub walutą. Tylko 1/10 to nie są depozyty bankowe w złotówkach, akcje polskich spółek lub fundusze inwestujące lokujące środki w polskie akcje lub obligacje.

Co prawda zarabiam i wydaję również w złotówkach, a na dodatek nie mam żadnych długów w obcych walutach, więc w skali lokalnej jakoś bym przetrwał nawet najgorsze.

Ale w skali globalnej byłbym w sytuacji dzisiejszego tureckiego Kowalskiego.

Musiałbym przetrwać trudniejszy okres dla moich zarobków, oszczędności i kosztów życia, w sytuacji gdy reszta świata „ucieka do przodu”.

W długim terminie ryzyko mniejszego lub większego lokalnego kryzysu z udziałem Polski jest moim zdaniem realne. To nie jest pewne. To nie czai się za rogiem. Ale doświadczenia innych krajów peryferyjnych, a nawet nasza nieodległa historia, to mocne argumenty za tym, żeby tego nie trywializować.

Daję sobie 12 miesięcy, żeby powiększyć udział globalnych aktywów w moich oszczędnościach o kolejne 5-10%.

Potem będę rozważał, co dalej.

Pisałem kiedyś o podstawowych możliwościach lokowania oszczędności w aktywach zagranicznych. Można też po prostu kupić waluty obce.

Dywersyfikacja to nie optymalizacja


Nie jest wcale oczywiste, że zamiana części oszczędności na aktywa zagraniczne przyniesie krótkoterminowe korzyści.

Być może przez następne 6 miesięcy, rok, 5 lat albo dłużej polska złotówka będzie się tylko umacniać względem tzw. „twardych” walut. Być może wartość polskich aktywów – obligacji, akcji i nieruchomości będzie rosnąć i to na dodatek szybciej niż aktywów zagranicznych.

Nie wiem tego.

Nie robię tego, żeby (więcej) zarobić. Robię to, żeby lepiej przetrwać możliwe trudniejsze okresy i chociaż częściowo uniezależnić się od polskiej gospodarki, waluty i instytucji.

To posunięcie długoterminowe, a nie krótkoterminowe. Defensywne, a nie ofensywne.



4 komentarze:

  1. rok czasu by osiągnąć 15-20% całości ?
    nie za mało - czym dłużej się zastanawiam tym bliżej mi do scenariusza: 40% PLN, 30% frank, 30% USD przynajmniej do czasu gdy kapitał jest głównie na rynku finansowym
    podobnie jak Ty nie myslę o tym w sensie inwestycyjnym ale bardziej obronnym

    co nam po zyskach w PLN po 2-3% rocznie skoro scenariusz Turecki pokazuje utratę wartości waluty ok 30% w bardzo krótkim czasie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz!

      Uważam, że takie operacje trzeba rozkładać w czasie. To powinien być proces, a nie nagła zmiana. Po roku można ocenić, co robić dalej.

      Nie uważam, żeby było to pilne, w sensie chcę się jak najszybciej chronić, bo widzę lokalny kryzys za rogiem. Może jest, może nie ma. Nie wiem.

      W długim terminie widzę sens większej dywersyfikacji geograficznej - być może dużo większej.

      Oprócz ustalenia jakichś proporcji dochodzi jeszcze kwestia egzekucji - gdzie te zagraniczne aktywa przechowywać (polskie biuro maklerskie, biuro maklerskie z siedzibą w UE, polskie banki, itp) i w jakiej formie (fundusze, waluty, akcje, ETFy).

      W kontekście tych komplikacji i tego, że nie mam tego przemyślanego, przejście z 10% do 20% w 12 miesięcy to już prawie sprint.

      Pozdrawiam, proszę wracać!

      Usuń
  2. Może warto kupić jakąś nieruchomość w innym kraju, w jakimś turystycznym miejscu ? Np, na takiej Florydzie - podobno można kupić dom w cenie mieszkania w dużym polskim mieście. Albo Phukhet - turystów przybywa, a mieszkania można ciągle kupić w przystępnej cenie. Ja kombinuję w tą stronę. Oprócz tego warto mieć trochę krytowalut i złota na wypadek totalnego Armagedonu.

    Pozdrawiam,
    MrJake

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz!

      Nie wiedziałem, że nieruchomości na Florydzie mogą być tańsze niż w polskich dużych miastach. Szczerze - to świadczy o obecnej mocy polskiej złotówki i polskiej gospodarki. 30-40 lat temu z pracy w Polsce można było co najwyżej uzbierać na bilet na emigrację do Chicago.

      Azja to na pewno fascynujące miejsce w tym momencie - rozwija się jak złoto.

      Nie świadczy to zbyt dobrze o mnie, ale jestem trochę zbyt leniwy na komplikacje z obsłużeniem transakcji, a potem utrzymaniem nieruchomości daleko od kraju. W pierwszej kolejności eksploruję prostsze rozwiązania. Być może to błąd.

      Pozdrawiam, proszę wracać!

      Usuń

A co Ty sądzisz?