sobota, 2 stycznia 2016

Jakie błędy popełniłem w 2015 i czego się z nich nauczyłem?




Są dwa rodzaje błędów – zabójcze oraz budujące. Przez ostatnie lata, między innymi dzięki prowadzeniu tego serwisu, nauczyłem się unikać tych pierwszych i jak najbardziej wykorzystywać te drugie.

Być może dzięki temu mogę napisać, że z mojej perspektywy 2015 to był udany i spokojny rok. Nawet gdybym bardzo chciał, nie mam na co narzekać. Nie popełniłem żadnych zabójczych błędów.

Trzy najważniejsze filary finansów mojej rodziny stoją jak stały – nadal nie mamy praktycznie żadnych długów, nasze zarobki nadal pokrywają wydatki, a konserwatywnie prowadzone oszczędności zapewniają dodatkowy luz. W podsumowaniu poprzedniego roku napisałem niemal dokładnie do samo. Nie obrażę się, jeśli na zakończenie 2016 będę mógł to powtórzyć po raz kolejny.

To nie był jednak idealny rok. Popełniłem mnóstwo mniejszych błędów. Jakie błędy popełniłem w 2015 i czego się z nich nauczyłem?

Lekcje 2015
1. Lekcje z Grecji

W maju 2013 roku zainwestowałem ok. 8,4 tysiąca złotych w fundusz ETF oparty o akcje greckich dużych spółek. Częścią mojej logiki było wtedy przekonanie, że akcje spółek z tego kraju są już tak przecenione po latach kryzysu, że „dużo gorzej nie będzie”, a podjęcie ryzyka, gdy sytuacja jest tak bardzo zła, może się w przyszłości opłacić. Napisałem nawet kiedyś o tym artykuł.

Jak pokazuje poniższy wykres, sytuacja może się zawsze pogorszyć.

Wycena jednostki Lyxor ETF FTSE Athex20 od początku 2007 roku (D to dni dywidendy)

Spadki mogą trwać przez lata (w Grecji już prawie dekadę). To znacznie dłużej niż przeciętny inwestor jest w stanie tolerować utratę wartości swoich oszczędności.

Wiara, że „to, co spadło, musi urosnąć” nie może być podstawą analizy. Ona musi być znacznie głębsza. Nie ma się również co przywiązywać do poprzednich poziomów cen jakichś aktywów jako czegoś, co powinno / musi się w przyszłości powtórzyć. Z różnych powodów może się nie powtórzyć. Genialny tekst o tym, dlaczego takie myślenie może okazać się pułapką napisał kiedyś autor wybitnego bloga Philosophical Economics.

Jeśli kupujemy mocno przecenione aktywa, musimy:

a) albo być gotowi na to, że nasze oszczędności mogą nadal tracić na wartości (nawet przez bardzo długi okres), zanim ryzyko się opłaci (jeśli w ogóle się opłaci)
b) albo zbadać fundamenty, które wpływają na wycenę tych aktywów i kupować tylko i wyłącznie wtedy, gdy jest duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości będą się zmieniać na korzyść

Miałem z funduszem Lyxor ETF FTSE Athex20 sporo szczęścia. Nie straciłem na tej inwestycji pieniędzy. Pod koniec 2013 sprzedałem wszystkie jednostki funduszu z zyskiem. Kupiłem je potem jeszcze raz pod koniec 2014, ale w znacznie mniejszej ilości. Ta transakcja jest z dzisiejszego punktu widzenia stratna. Bilans wszystkich transakcji jest jednak dodatni.

Podsumowanie 2015

Jeszcze lepiej wygląda bilans wszystkich transakcji wykonanych w tym domu maklerskim początkowym kapitałem (ok. 8,6 tysiąca złotych). Oprócz funduszu akcji greckich posiadałem w nim również fundusz europejskich spółek dywidendowych.

Inwestowanie w Grecji

Inną lekcją, którą wyciągnąłem z tej inwestycji, jest to, że nie warto zbyt mocno stawiać na egzotykę. Fundusz greckich spółek to taka inwestycyjna egzotyka. Wszystko, co egzotyczne, wiąże się w finansach z nieprzewidywalnością i ekstremalnymi wynikami. Im więcej egzotycznych aktywów w naszym portfelu, tym bardziej „szaleć” będzie jego wartość.

Do mnie osobiście przemawia podejście core and explore. Od początku powinniśmy wiedzieć, ile oszczędności chcemy utrzymywać w aktywach wysokiej jakości, które będą stanowić jądro inwestycji (core), a ile chcemy utrzymywać w aktywach nietypowych, egzotycznych (explore), z widokami na wysokie zyski, ale również zagrożeniem stratami.

Gdy po raz drugi kupowałem jednostki Lyxor ETF FTSE Athex20, na szybkich spadkach pod koniec 2014, wykorzystałem na to ok. 20% środków, a nie 100% środków, jak za pierwszym razem. Dzięki temu straty poniesione na tym funduszu w trakcie 2015 nie „wymazały” niezłego wyniku całej inwestycji w tym domu maklerskim.

O przygodzie z funduszem ETF opartym o greckie spółki (i lokowaniu oszczędności zagranicą) chciałbym napisać kiedyś serię artykułów.

2. Włączyć ryzyko, wyłączyć ryzyko

Jeśli ktoś czyta ten serwis regularnie, wie, że uważam alokację między klasy aktywów za najważniejsze narzędzie przy zarządzaniu oszczędnościami. Aktywa dłużne to – generalnie – niższe ryzyko utraty kapitału, niższa zmienność wyceny i niższe stopy zwrotu, a aktywa udziałowe to – generalnie – wyższe ryzyko utraty kapitału, wyższa zmienność i potencjał wyższych stóp zwrotu.

W tym roku odczułem na własnej skórze, że nie każdy fundusz, który ma w nazwie słowo „obligacji” czy „dłużny” charakteryzuje się niską zmiennością.

Od maja tego roku mamy na światowych rynkach okres podwyższonej zmienności i niechęci do ryzyka. W takich warunkach fundusze obligacji powinny radzić sobie nieźle.

Nie dotyczy to niestety wszystkich obligacji. Z punktu widzenia polskiego inwestora, ta zmiana klimatu inwestycyjnego ciężko doświadczyła fundusze obligacji krajów wschodzących, fundusze wysokodochodowych obligacji korporacyjnych czy fundusze obligacji zamiennych.

Sprawdziłem, jak poradziło sobie kilkanaście funduszy dłużnych, mieszanych i akcyjnych od 1 maja do 24 sierpnia 2015, gdy rynki były najbardziej niestabilne. Które z nich rzeczywiście zapewniały poczucie stabilności w okresie, gdy rynki były rozchwiane?

Fundusze bezpieczne i ryzykowne 2015

Okazuje się, że niektóre fundusze dłużne mogą być bardziej wrażliwe na trudne warunki rynkowe niż fundusze akcji. Wcale nie zapewniają stabilności w kryzysowych momentach.

Jeśli ktoś – tak jak ja – myśli o swoich oszczędnościach w kategoriach alokacji między klasy aktywów o różnej charakterystyce (stabilny, przewidywalny dług kontra zmienne udziały), powinien zastanowić się dwa razy, czy fundusze obligacji zagranicznych (np. Templeton Global Total Return, Aviva Investors Obligacji Zamiennych czy NN Obligacji Rynków Wschodzących Waluta Lokalna) traktować jako część dłużną. W praktyce ich zachowanie jest bliższe aktywom udziałowym – wycena jest zmienna, bardzo wrażliwa na rynkowy sentyment i porusza się zazwyczaj w tym samym kierunku co rynki akcji.

To chyba mój największy i najbardziej kosztowny błąd ubiegłego roku. Popełniłem go na na swojej polisie inwestycyjnej oraz na IKE.

Na polisie inwestycyjnej w połowie roku ustawiłem nową, stałą alokację między klasy aktywów w proporcjach 50% dług, 50% udziały. Po stronie udziałowej wybrałem kilka funduszy akcyjnych różnych rynków, a po stronie dłużnej – i to był błąd – zdecydowałem się w całości na wyróżniający się w długim okresie fundusz Templeton Global Total Return (PLN).

Gdy nadeszły spadki na światowych rynkach, część dłużna nie zapewniła żadnej stabilizacji. Templeton Global Total Return tracił niemal tyle samo co fundusze akcyjne. Okazało się, że moja faktyczna alokacja między klasy aktywów (i między poziom zmienności) wynosiła praktycznie 100% w aktywach o podwyższonej zmienności. Fundusz dłużny nie spełnił swojej głównej funkcji, a moje decyzje obciążyły tegoroczny wynik na polisie inwestycyjnej.

W mniejszym stopniu taki sam błąd popełniłem na swoim IKE Plus w NN TFI (które polecam). Kilka tygodni temu opisałem w szczegółach swoje wyniki. Skalą zmienności zaskoczyły mnie między innymi NN Obligacji Rynków Wschodzących (WL) oraz NN Globalny Długu Korporacyjnego, które w niewielkich ilościach składały się na inwestycję. Więcej ryzyka niż myślałem jest też w funduszu NN Stabilny Globalnej Alokacji.

Wciąż uważam alokację między klasy aktywów za kluczowe pojęcie. W praktyce podzielenie oszczędności między aktywa bezpieczne i ryzykowne jest trochę trudniejsze niż podzielenie ich między fundusze dłużne i akcyjne.

Niektóre fundusze dłużne (np. rynków wschodzących, korporacyjne wysokodochodowe, obligacji zamiennych) mogą zachowywać się podobnie jak fundusze akcyjne. Jest zagrożenie, że nie spełnią w portfelu funkcji stabilizacyjnej, więc od razu lepiej traktować je jak aktywa o podwyższonej zmienności / aktywa podobne do udziałowych.

3. Podstawy, podstawy, podstawy

W tym roku, w ramach festiwali organizowanych przez Studenckie Forum BCC, zrobiłem dwie prezentacje dla studentów Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Pierwsza była w marcu, druga w grudniu. Pokazałem w nich swoje podejście do finansów osobistych.

Uważam, że siłą tego podejścia jest skupienie się na podstawowych pojęciach i regułach. Nie szukanie nie wiadomo czego. Nie kombinowanie. Nie komplikowanie.

Gdy organizatorzy poprosili mnie o drugą prezentację, oczekiwali czegoś nowego, ale ja po prostu nie miałem nic nowego do powiedzenia. Między marcem a grudniem z mojego punktu widzenia nic się nie zmieniło. Podstawowe pojęcia i reguły, które działały w marcu, działały również w grudniu i będą działać nadal.

Jeśli ktoś znowu poprosi mnie o przedstawienie mojego podejścia do finansów osobistych, jeszcze raz wykonam tę samą prezentację. To po prostu działa.

Prezentacja trwa ok. 45 minut, ale dałoby się ją podsumować na jednej ilustracji (poniżej) pokazującej osobę lub rodzinę o silnej pozycji finansowej.

Ilustracja silnej pozycji finansowej

Cztery podstawowe reguły, o których w jej trakcie mówię, to:

1) zarabianie więcej niż wydajemy (przy czym zwiększanie zarobków jest co najmniej równie ważne, jeśli nie ważniejsze niż ograniczanie wydatków)

2) nie mieszanie zarabiania pracą z zarabianiem na oszczędnościach (to pierwsze powinno być dla większości priorytetem i fundamentem)

3) nie utrzymywanie branży finansowej (świadomość opłat i kosztów różnych usług finansowych, w tym doradztwa, oraz czytanie ze zrozumieniem umów to podstawa)

4) nie improwizowanie z oszczędnościami (dopasowanie ich do indywidualnych potrzeb, możliwości i ograniczeń, oparcie o alokację między klasy aktywów, dobranie adekwatnych narzędzi inwestycyjnych)

To nie jest podejście, dzięki któremu można szybko awansować do setki najbogatszych Polaków. To raczej podejście, dzięki któremu z dużym prawdopodobieństwem unikniemy najważniejszych zagrożeń w świecie finansów, czyli

  • nadmiernego zadłużenia,
  • zaniedbania swojego potencjału zarobkowego (kapitału ludzkiego),
  • bezkrytycznej inflacji stylu życia,
  • toksycznych, bezproduktywnych i kosztownych relacji z branżą finansową,
  • obciążania swoich oszczędności przypadkowym, hazardowym ryzykiem bez związku z indywidualnymi celami życiowymi

Osobiście mam najwięcej do zrobienia w tej drugiej kategorii, czyli rozwijaniu swojego kapitału ludzkiego.

4. Założenie rodziny i urodziny dzieci to finansowy szok

W 2015 z całą siłą poczułem wszystkie konsekwencje związane z założeniem rodziny oraz posiadaniem dzieci. W styczniu urodził mi się drugi syn. Gdy w lutym 2012 roku zakładałem ten serwis, nie miałem dzieci i żyłem w nieformalnym związku. I moja obecna żona, i ja byliśmy wtedy skupieni głównie na pracy.

W jak najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu, zmiany wywołane małżeństwem i narodzinami dzieci były dla mnie szokiem. Nie będę rozpisywał się o psychologicznym szoku, bo to serwis o tematyce finansowej, ale prawdopodobnie do dzisiaj z niego nie wyszedłem. Lepiej poradziłem sobie z dostosowaniem finansów do nowej rzeczywistości.

Chociaż i w tym względzie można mówić o szoku. Dla mnie polegał on na:

a) skokowym wzroście wydatków (musimy utrzymać cztery osoby, a nie dwie)
b) negatywnej presji na zarobki (dużą część uwagi, czasu i energii poświęcamy z żoną dzieciom i domowi, a nie zarabianiu pieniędzy)
c) konieczności pójścia na duże kompromisy z żoną dotyczące wydatków na styl życia (jak dla mnie moglibyśmy spokojnie ograniczyć konsumpcję i poszukiwać alternatywnych rozwiązań w wielu sprawach)
d) znaczącym spadku mojej stopy oszczędzania

To wszystko brzmi pesymistycznie, ale najwyraźniej korzyści z całego przedsięwzięcia przeważają jednak nad kosztami. Gdyby było inaczej, nie byłbym raczej zadowolony ze swojego życia (a jestem) i dążyłbym do wprowadzania jakichś zmian w sferze prywatnej (a nie dążę).

Inna sprawa, że dużo łatwiej było mi zaabsorbować ten szok finansowy dzięki temu, że moje finanse były na starcie uporządkowane (zero długu, znaczne oszczędności, niezłe zarobki), a do tego oswoiłem się przez lata z praktyczną wiedzą dotyczącą zarządzania codziennymi finansami.

Jak dla mnie jest to potwierdzenie potęgi planowania. Nawet jeśli dziesięć lat temu w najśmielszych snach nie planowałem, że moja rodzina będzie wyglądać tak, jak wygląda, przeczuwałem, że warto budować dobre nawyki w finansach, poznawać „reguły gry” i unikać kłopotów. Przeczuwałem, że to, co robiłem wtedy, będzie miało wpływ na to, co mogę zrobić dzisiaj.

To samo dotyczy przyszłości. Nasza zdolność do zaabsorbowania przyszłych szoków finansowych (np. przejścia na emeryturę, skutków głębokiego spowolnienia gospodarczego, skutków utraty pracy, skutków destrukcyjnej bessy na rynkach, itp.), będzie zależeć od tego, jak się do tego przygotujemy.


8 komentarzy:

  1. Świetne podsumowanie. Moje dwa grosze do tego.

    1. Nawet w miarę doświadczone osoby mogą złapać się na mylące nazwy funduszy inwestycyjnych, nie odpowiadające ich zawartości. Straciłem kiedyś sporo pieniędzy na funduszu ING o nazwie bodajże Środkowoeuropejski Rynków Finansowych (już nie istnieje, scalili go z innym, żeby schować hańbą wynikową). Gdy ten fundusz zaczął totalnie dołować zainteresowałem się bliżej jego zawartością i okazało się, że m.in. miał duży pakiet greckich papierów banku centralnego Grecji. W życiu bym nie pomyślał inwestując w niego, że "środkowoeuropejski" może oznaczać "grecki"! Na geografii uczyli mnie, że Grecja to Europa Południowa. Ale jak się okazało, zdaniem zarządzających tym fundem, wcale nie.
    Kolejna sprawa to np. pomijanie w nazwie niektórych funduszy obligacji tego, że na owe obligacje składają się także te korporacyjne. No zupełnie czym innym jest fundusz bazujący na obligacjach skarbu państwa, a czym innym taki mający także papiery rozmaitych podmiotów gospodarczych. Ten drugi bywa bardziej ryzykowny od wielu f. akcji.
    I tak dalej, i tak dalej....

    2. Brawo za punkt 4. Trafione w punkt. Małżeństwo i dzieci to rewolucja także pod względem finansowym, niestety rewolucja niszcząca. Już na etapie niemowlaka koszty pampersów, wózków, ubranek, mleczka i kaszek, dodatkowych szczepień, później soczków, słoiczków, soków i nektarów, zabawek itp. itd. są straszliwe, a nie daj Boże jakiekolwiek zdrowotne problemy z dzieckiem typu konieczność rehabilitacji czy dodatkowych konsultacji u prywatnych specjalistów to już jest totalna masakra. Zmiana rytmu życia pod dziecko, nocne wstawania, niemożność skupienia się w czasie aktywności dziecka... to wszystko jest ciężkie do przetrwania. Nie mówiąc już o aspektach bycia w związku, który też zmienia się pod wpływem dzieci radykalnie. Niby to wszystko wiadomo od stuleci, ale dla każdego kogo bezpośrednio dotknie zdarzenie pod tytułem "tworzę rodzinę z dziećmi" jest to zawsze szokiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz. Często się różnimy w spojrzeniu na wiele spraw, ale Pana dwa grosze zawsze będą mile widziane.

      Akapit o małżeństwie, dzieciach i "szokach" mógłbym napisać prawie w słowo w słowo osobiście. Doświadczyłem lub doświadczam każdego aspektu, o którym Pan pisze. Dosłownie: każdego.

      Mimo tego nie nazwałbym tego, co przeżywam, "rewolucją niszczącą". Widzę w tym sens i odczuwam korzyści. Być może trudno je wycenić, być może trudno je wyrazić tak, żeby dowieść komuś z zewnątrz, że cały wysiłek jest uzasadniony, ale naprawdę uważam, że jest.

      To moje finanse muszą się dostosować do wszystkich szoków, które przeżywam i jeszcze przeżyję w życiu. W drugą stronę to nie musi działać moim zdaniem - nie jestem pozytywnie nastawiony do dopasowywania swojego życia do jakichś abstrakcyjnych celów finansowych (np. sztywnej stopy oszczędzania, jakiegoś celu typu milion złotych na koncie, itp).

      Pozdrawiam, proszę wracać. Dobrego 2016!

      Usuń
  2. Clou to pogodzić się z wolniejszym przebiegiem procesu bogacenia się. Jak rodzą się dzieci to najtrudniej jest włączyć w głowie guzik, który oznacza: mniej oszczędzam, mniej czasu poświęcam na karierę (rozwój os., zarabianie), mniej zarabiam. Ciężka prawda. Choć koszty finansowe utrzymania dzieci nie są jakieś bardzo ogromne (pisał o tym Wolny na swoim blogu i ja się z nim zgadzam). Gorzej z naszym czasem, który "tracimy" na dzieci. O spadku efektywności - w związku z nieprzespanymi nocami - nie wspominam. Pozdrawiam (mama dwójki).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za super komentarz!

      Pogodzić się - dokładnie o to chodzi. Niewykluczone, że duża część dyskomfortu bierze się właśnie ze świadomego lub nieświadomego "walczenia" z tym, jak jest i musi być po zmianach. Więcej do powiedzenia w tej dziedzinie ma chyba filozofia (np. Stoicy) czy psychologia (np. tak zwana psychologia pozytywna) niż specjaliści od finansów.

      Też mi się wydaje, że sprawy finansowe da się uporządkować nawet przy tego typu szokach. W tej kwestii też niezbędne będzie względnie szybkie zrozumienie, jak działa nowa rzeczywistość, jak zmienia się nasz bilans i przepływy pieniędzy, gdy ze stanu studenckiego / singlowego przechodzimy na model - na przykład - małżeństwo z dwójką dzieci.

      Dla zainteresowanych, tekst, o którym wspomniała Boniffacy: http://www.wolnymbyc.pl/ile-kosztuje-dziecko-raport-kosztow-po-roku/

      Pozdrawiam, proszę wracać, dobrego 2016!

      Usuń
  3. Mam pytanie trochę nie na temat, ale związane z tematyką bloga.

    Za pomocą IKE i IKZE odłożymy sobie jakąś kwotę na emeryturę.
    Przechodzimy na emeryturę, i co dalej? Czy będzie Pan sobie wypłacał tyle, ile w danym miesiącu potrzebuje? czy równą kwotę co miesiąc? Jeśli tak, to jak ją Pan obliczy?
    A może są jakieś oferty na rynku, żeby zamienić kwotę uzbieranego kapitału na comiesięczną dożywotnią wypłatę. Czy mógłby Pan znaleźć i porównać tego typu instrumenty w którymś z kolejnych artykułów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za świetne pytanie.

      I IKE, i IKZE - na poziomie ustawy - dopuszczają wypłatę jednorazową lub w ratach.

      Jestem wczesnym trzydziestolatkiem, więc nie mam jeszcze wyrobionego zdania, jak będę konsumował te środki. To zbyt odległa perspektywa.

      Temat zdecydowanie wymaga zgłębienia. (Stosunkowo prosta) matematyka może pomóc określić, jakie jest bezpieczny poziom wypłat, np. jeśli chcemy zachować kapitał lub chcemy, żeby starczył do 90 lub innego roku życia. Istnieją umowy o ubezpieczenie rentowe / rentierskie, w którym zakład ubezpieczeń przejmuje na siebie dożywotnią wypłatę środków. Można próbować zorganizować takie wypłaty samodzielnie, podobnie jak w tej chwili organizujemy samodzielnie wpłaty.

      Temat co najmniej na serię artykułów. Nie obiecuje, że zajmę się nim wkrótce, ale od jakiegoś czasu już o nim myślę.

      Pozdrawiam, proszę wracać!

      Usuń
    2. > A może są jakieś oferty na rynku, żeby zamienić kwotę
      > uzbieranego kapitału na comiesięczną dożywotnią wypłatę.

      Takimi ofertami interesuję się od ponad 20 lat. Tak zwana renta dożywotnia z przekazanego kapitału jest klasyczną propozycją towarzystw ubezpieczeniowych. Niestety, w ostatnich latach znalazła się ona na całym świecie na marginesie oferty ubezpieczycieli, ponieważ na wielu innych produktach (np. jednostkach TFI opakowanych w ubezpieczenie) korporacje te mogą zarobić o wiele więcej.

      Generalnie, najkorzystniejsze warunki dają wieloletnie produkty ubezpieczeniowe, w których uskładany kapitał można po x latach zamienić na rentę dożywotnią, wyliczoną wg Z GÓRY USTALONYCH już w dniu nabycia polisy współczynników wypłat z kapitału.
      Drugą metodą jest udanie się po prostu do ubezpieczyciela z konkretną sumą pieniędzy i wykupienie od razu renty dożywotniej. Comiesięczna rata takiej renty będzie jednak o wiele niższa niż w pierwszym przypadku.

      I teraz parę słów o produktach. Jest ich bardzo niewiele, a do tego w ogóle nie są reklamowane. Mają je w swojej ofercie m.in. Pramerica, Aegon, Metlife, Compensa, Aviva. Autor bloga nie będzie w stanie ich porównać, ponieważ wiele z nich nie zawiera w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia (OWU) gotowych tabel współczynników wg których ubezpieczyciel dokona zamiany kapitału na comiesięczną rentę dożywotnią i deklaruje się tam, że takie dane znajdą się dopiero w indywidualnej polisie. Czyli żeby czegoś się dowiedzieć, trzeba najpierw zawrzeć umowę. Oczywiście, zgodnie z prawem można ją w ciągu 30 dni bezkosztowo rozwiązać, ale nie podejrzewam Pana Michała aż o tak heroiczne poświęcanie się w imię bloga.

      Współczynniki na poziomie OWU zawierają m.in. produkty Prameriki i Aegona. Są one nieco lepsze (Pramerika) lub prawie takie same (Aegon) jak te deklarowane przez ZUS. Bo ZUS tak samo musi zamienić kapitał ze składek odprowadzanych na 1 i 2 filar na comiesięczną emeryturę. Szukając prywatnej renty dożywotniej warto wydrukować sobie aktualne tabele średniej przewidywanej długości życia GUS, którymi posługuje się ZUS i następnie drogą prostych działań matematycznych porównać jaką stopę wypłaty z kapitału proponuje nam prywatny ubezpieczyciel w porównaniu z ZUS-em.

      Dodam na koniec, że w latach 90-tych, przed wielką reformą emerytalną AWS-u, były w Polsce sprzedawane produkty, które zawierały b. korzystne mechanizmy wyliczenia renty dożywotniej z uskładanego kapitału. Dla przykładu, posiadając zawartą wtedy polisę o nazwie Życie+ lub Senior firmy Amplico Life, dzisiejszy 65-latek może spodziewać się z każdego uskładanego tamże 1000 zł circa trzy razy większej wypłaty niż z analogicznej kwoty zarachowanej na koncie w ZUS.

      Tyle bardzo wstępnych wyjaśnień. Temat jest złożony i trudny. Pozdrawiam

      Usuń
    3. Dzięki za fachowy komentarz. Temat do zdecydowanie zgłębienia - najpierw na poziomie mechanizmu, jakie będzie potrzebny komuś, kto przygotowuje się do konsumpcji oszczędności, potem na poziomie konkretnych ofert instytucji finansowych oraz alternatyw dostępnych w Polsce AD 2016.

      Pozdrawiam, proszę wracać!

      Usuń

A co Ty sądzisz?