niedziela, 26 stycznia 2014

[szerszy obraz] Czego nauczyłem się z książki „Potęga pieniądza. Finansowa historia świata” Nialla Fergusona?




Niall Ferguson to znany brytyjski historyk, który najchętniej bierze na warsztat duże, panoramiczne tematy dotyczące całej cywilizacji. W „Potędze pieniądza” przygląda się roli, jaką na przestrzeni stuleci odgrywały i nadal odgrywają finanse oraz rynki. Pierwsze wydanie książki zbiegło się w czasie z kryzysem finansowym w 2008 roku i zostało raczej chłodno przyjęte, ale z perspektywy czasu widać, że jej treść się broni.

To nie jest raczej propozycja z kategorii finanse osobiste. Nie znajdziemy w niej też zbyt wielu praktycznych wskazówek, jak i gdzie inwestować pieniądze, żeby chronić i pomnażać kapitał.

„Potęga pieniądza” to raczej próba zrozumienia, skąd się wzięły mechanizmy współczesnych finansów – i tych na poziomie osobistym, i tych na poziomie korporacyjnym czy państwowym. Czy nam się to podoba, czy nie, są one jednym z fundamentów rzeczywistości, w której żyjemy, więc być może warto widzieć ich szerszy kontekst?

O czym dokładnie jest książka „Potęga pieniądza. Finansowa historia świata” Nialla Fergusona? Czy warto ją przeczytać? Czy zawiera jakiekolwiek praktyczne informacje dla kogoś zainteresowanego zorganizowaniem własnych finansów osobistych?


Ten artykuł to kolejna część niekończącego się cyklu [szerszy obraz].

Przyglądam się w nim spojrzeniu na świat i przekonaniom wpływowych ekonomistów, badaczy rynków, inwestorów, naukowców, myślicieli i praktyków. Nie szukam i nie promuję jednej prawdy objawionej. Uważam, że warto znać i czerpać z różnych sposobów myślenia o rzeczywistości wokół nas.

W tym, co czytam, oglądam i słucham, wyszukuję przydatne pojęcia i narzędzia, dzięki którym można sprawniej i świadomiej podejmować decyzje. Najbardziej interesują mnie względnie trwałe mechanizmy. Najmniej – bieżący szum informacyjny. Mam pragmatyczne podejście do wiedzy. Chcę wiedzieć, jak coś działa, dlaczego i co z tego dla mnie wynika.

We wcześniejszych artykułach przybliżyłem, jak widzą rzeczywistość ekonomiczną, w której przyszło nam żyć, między innymi Ray Dalio, John Bogle, William Bernstein, Nassim Taleb, Robert Shiller, Hyman Minsky, Benoit Mandelbrot, Sebastian Buczek i Mohnish Pabrai.


O rynkach

Recenzja książki Nialla Fergusona "Historia finansowa świata"
Książka Fergusona mogłaby z powodzeniem służyć jako podręcznik do wstępu do finansów i bankowości – co prawda nie ma tu matematyki, ale jeśli ktoś chce po prostu zrozumieć najważniejsze pojęcia z tej dziedziny, nie powinien się zawieść.

Na szczęście, finansowa historia świata nie jest tu opowiedziana chronologicznie przy pomocy dat, miejsc i wydarzeń – główną osią opowieści są cztery najważniejsze rynki: obligacji, akcji, ubezpieczeń oraz nieruchomości, a do tego brytyjski historyk dorzuca rozdziały o początkach pieniądza oraz globalizacji.

Rozdział pierwszy – skąd się wzięły pieniądze?

Pieniądze istnieją z prostego powodu – są potrzebne. Są „jednostką rozliczeniową, która ułatwia wycenę oraz inne obliczenia”, a także „służy do przechowywania wartości, dzięki której możliwe jest zawieranie transakcji w różnym czasie i miejscu”. To również „środek płatniczy, którego najważniejszą zaletą jest to, że eliminuje konieczność korzystania z pośredników oraz barteru”.

Pierwsze pieniądze były wykonane z metali szlachetnych – złota, srebra, brązu. Dlaczego? Ponieważ były poręczne, trwałe, dostępne, stosunkowo łatwo wymienialne i prestiżowe. Niektórzy do dzisiaj uważają, że metale szlachetne to najważniejsza przechowalnia wartości.

W praktyce – ich wartość również jest względna, o czym przekonali się hiszpańscy kolonizatorzy już w XVI wieku. Wyprawy do bogatej w złoża srebra i złota Ameryki Południowej oraz ich agresywna eksploatacja (np. w takich miastach jak Potosi) nie uchroniły imperium hiszpańskiego przed zmierzchem. Nie da się wzbogacić wyłącznie „wytwarzając” więcej pieniędzy, bez względu na ich formę.

Jak pisze Niall Ferguson, pieniądze są kwestią wiary – zaufania, że druga osoba zwróci nam wartość, którą od nas otrzymała. Pieniądze to zaufanie. To oznacza, że i wszystko, i nic może służyć jako środek płatniczy z jednakowym powodzeniem.

Dzisiaj posługujemy się pieniędzmi zapisanymi na kontach bankowych, bez fizycznej formy, bez oparcia w złocie czy innej „kotwicy”. Płacimy kawałkiem plastiku lub aplikacją na telefon komórkowy, która sama w sobie nie ma żadnej wartości. Nie przeszkadza nam to jednak w dokonywaniu codziennie olbrzymiej ilości transakcji kupna i sprzedaży.

Co więcej, jeśli komuś bardzo ufamy, np. krewnemu, sąsiadowi czy koledze z pracy, jesteśmy w stanie pożyczyć mu jakąś kwotę lub zrobić coś dla niego totalnie „na gębę”. Bez wymiany czegokolwiek poza zaufaniem.

Nie przez przypadek pierwsze usługi bankowe w nowoczesnym rozumieniu tego słowa pojawiły się w miejscach, gdzie kwitł handel i inne formy wymiany gospodarczej, np. w XIV wiecznej Florencji, Pizie, Wenecji, Amsterdamie czy później Sztokholmie i Londynie.

Kupcy potrzebowali usług finansowych, żeby skuteczniej działać, a właściciele kapitału krok po kroku wypracowali innowacyjne metody obsługiwania ich płatności, udzielania im kredytów czy przyjmowania depozytów. Pierwsi bankierzy siedzieli w centralnym punkcie miasta przy prowizorycznych stołach (bank) i w specjalnie przygotowanych sztambuchach zapisywali zobowiązania klientów oraz zobowiązania wobec klientów. Ich profesja opierała się przede wszystkim na drobiazgowej księgowości oraz ocenianiu ryzyka, czyli tego jak bardzo mogą ufać drugiej stronie transakcji. Nie przypadkiem słowo kredyt, które ma podobną formę w innych językach, pochodzi od łacińskiego credo, czyli „wierzę” (że oddasz mi pieniądze).

Zresztą, dokładnie to samo jest podstawą współczesnej bankowości, tylko większość pracy wykonują systemy komputerowe, a banki inwestują więcej w marketing, budowanie marki i temu podobne.

Rozdział drugi – rynek obligacji

Zdaniem Fergusona „narodziny rynku obligacji były drugą wielką rewolucją w finansach po stworzeniu przez banki instytucji kredytu”. Dlaczego? Ponieważ w ten sposób do udzielania kredytów dopuszczone zostały osoby prywatne i inne instytucje niż banki.

Współczesne rynki obligacji to potężna instytucja, na której codziennie właścicieli zmienia wielokrotnie więcej papierów wartościowych niż na rynkach akcji. Głównym emitentem długu są państwa, ale z możliwości pożyczania na rynku korzystają również korporacje, miasta czy regiony.

To właśnie uczestnicy rynków obligacji ustalają w swobodnej wymianie długoterminową stopę oprocentowania długu. Jeśli tracą wiarę w zdolność kraju czy firmy do spłaty swoich zobowiązań, spadają ceny wcześniej wyemitowanych obligacji i rośnie ich rentowność. Nowy dług musi być znacznie wyżej oprocentowany, żeby ktokolwiek go objął. A że wiele państw i firm jest uzależnionych od dostaw nowego kredytu, koszty jego obsługi błyskawicznie rosną. Konsekwencje mogą być dramatyczne.

Kryzys zadłużenia w Grecji w 2010 roku to nic innego jak utrata zaufania wobec tego kraju przez uczestników rynku obligacji. W najgorętszym momencie załamania rentowność dziesięcioletnich obligacji tego kraju, które służą za podstawę określania długoterminowych stóp procentowych i ogólny barometr wiarygodności kraju, wynosiła 40-50% w skali roku!

oprocentowanie obligacji w grecji

W nieodległej przeszłości niewypłacalność ogłaszały też Argentyna, Rosja, Tajlandia czy Korea Południowa. W pierwszej połowie XX wieku dług państwa jednostronnie anulowały bolszewicka Rosja, a w Niemczech wartość pożyczonych pieniędzy strawiła hiperinflacja. Współczesna Polska nie honoruje obligacji wyemitowanych przed wojną. Wielokrotnie spłaty długu odmawiały kraje Ameryki Południowej.

Mimo długiej i ciągle wydłużającej się listy wpadek, obligacje pozostają najważniejszą klasą aktywów, w którą zainwestowane są olbrzymie środki zgromadzone przez fundusze emerytalne, firmy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne i osoby prywatne. Mimo gigantycznego zadłużenia takich krajów jak USA, Japonii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii, ich obligacje są postrzegane jako punkt odniesienia dla innych oraz „bezpieczna przystań”.

Rozdział trzeci – rynek akcji

Instytucja akcjonariatu powstała w krajach, które podejmowały się kosztownych i ambitnych przedsięwzięć, głównie kolonialnych. Pierwszą spółką akcyjną we współczesnym znaczeniu tego słowa była Holenderska Kompania Wschodnioindyjska. Po co wyemitowała akcje?

Koszty i skala jej działalności były tak duże, że pomysłodawcy chcieli rozłożyć ryzyko finansowania na większą liczbę osób. W przeciwieństwie do obligacji, które gwarantowały zwrot kapitału po upływie określonego czasu oraz wypłatę regularnych odsetek, papiery udziałowe zostały oparte na innych zasadach.

Po pierwsze – nie miały określonej długości życia, były bezterminowe. Po drugie – nie gwarantowały jakichkolwiek wypłat, ale jeśli przedsięwzięcie było zyskowne, dzieliło się z akcjonariuszami dywidendami. Po trzecie – jeśli wartość spółki na rynku wtórnym rosła, np. w oczekiwaniu na dobre wyniki czy perspektywy rozwoju, właściciel akcji mógł je sprzedać z zyskiem. W zamian za te przywileje akceptował ryzyko utraty całego kapitału w razie niepowodzenia.

Pod tym względem niewiele się zmieniło od 9 września 1606 roku, kiedy wyemitowano pierwsze akcje Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Gdyby ktoś się pytał, instytucja papierów udziałowych ma już więc ponad 400 lat.

Od samego początku rynek akcji cechował się wielkimi emocjami i zmiennością, która je odzwierciedla. Mniejsze i większe bańki spekulacyjne były na porządku dziennym, co potwierdza historia angielskiej Kompanii Mórz Południowych oraz francuskiej Kompanii Missisipi. Jeśli chcielibyśmy szukać bliżej współczesności, można przyjrzeć się bańce internetowej czy losom amerykańskiej firmy Enron.

Rozdział czwarty – rynek ubezpieczeń

Podobnie jak w przypadku usług bankowych, obligacji oraz akcji, rynek ubezpieczeń wykształcił się wśród kupców i w pierwszych fazach miał formę warunkowych pożyczek, które były anulowane, jeśli wydarzała się jakaś katastrofa (np. zatonięcie statku handlowego).

Rozwój branży ubezpieczeniowej jest blisko związany z postępami wiedzy matematycznej, szczególnie opanowaniem rachunku prawdopodobieństwa i statystyki. Dzięki tym narzędziom ubezpieczyciele byli w stanie obliczyć ryzyko związane z wystawieniem polisy i zabezpieczyć w ten sposób swoje zyski. Dla klientów najważniejsze było coś innego – użyteczność ubezpieczenia jako względnie taniego sposobu na ograniczenie katastrofalnych z ich punktu widzenia strat.

Ciekawym wczesnym przedsięwzięciem ubezpieczeniowym był Fundusz Wdów Szkockich Pastorów, który pobierał od żyjących uczestników składki na wypadek ich śmierci i wypłacał świadczenia osieroconym dzieciom i wdowom. Stworzenie systemu było możliwe między innymi dzięki umiejętności obliczenia statystycznej długości życia oraz dostosowaniu składki do przewidywanych wypłat.

Po pojawieniu się ubezpieczeń handlowych i indywidualnych, w XIX i XX wieku na tapetę wchodzą ubezpieczenia społeczne, czyli olbrzymie rządowe systemy zabezpieczania najsłabszych obywateli przed skutkami niekorzystnych okoliczności, od bezrobocia po starość.

Kanclerz Rzeszy Niemieckiej Otto von Bismark wprowadza pierwszy na świecie system ochrony emerytalnej. Dlaczego? Jego zdaniem „z człowiekiem, który może liczyć na pensję na starość, łatwiej sobie poradzić”. Po drugiej wojnie światowej idea państwa socjalnego (welfare state), które praktycznie od kołyski do grobu wspiera świadczeniami finansowymi obywateli, przyjmuje się w różnym stopniu w całym zachodnim świecie, od USA poprzez Wielką Brytanię, Skandynawię, Europę Zachodnią po Japonię. W skali adekwatnej do zasobności budżetu jest również stosowane w mniej zamożnych częściach świata, w tym w Polsce.

Z potrzeby „ubezpieczania” swoich inwestycji (tzw. hedging) rozwija się także rynek instrumentów pochodnych, np. kontraktów terminowych czy opcji. Dzięki tym instrumentom finansowym firmy mogą zabezpieczyć się na wypadek niechcianych spadków i wzrostów cen ważnych dla nich surowców czy walut. To również coraz popularniejsze, choć wciąż raczej słabo zrozumiane aktywa inwestycyjne. W latach 90-tych firma zarządzana przez dwóch zdobywców nagrody Nobla za innowacyjną metodę wyceny opcji straciła miliardy dolarów na handlu nimi.

Rozdział piąty – rynek nieruchomości

Ważnym aktywem finansowym w świecie zachodnim stały się również prawa własności do nieruchomości – mieszkań, domów, lokali handlowych czy gruntów. Mimo że ta klasa aktywów uchodzi za bardziej realną niż np. akcje czy obligacje, w pewnym sensie też opiera się na papierowych zapisach.

Gdyby wróciły czasy, kiedy nikt nie respektuje prawa własności (np. wojna, rewolucja, itp.), co wydaje się z dzisiejszej perspektywy nieprawdopodobne, na nic zda się to, że mamy akt własności mieszkania czy ziemi. To przecież tylko zapis na papierze – nie wygra raczej z prawem pięści, które staje się obowiązujące w sytuacjach kompletnego rozpadu społeczeństwa.

Rynek nieruchomości rozwinął się inaczej w różnych częściach świata. W USA czy Wielkiej Brytanii posiadanie własnej nieruchomości mieszkalnej to praktycznie punkt honoru i element przynależności do klasy średniej. W system fiskalny wbudowane są ulgi podatkowe dla biorących kredyty hipoteczne. Inaczej jest w Niemczech, gdzie standardem nie jest posiadanie nieruchomości, ale wynajem.

Tak czy inaczej – tytuł własności do domu, mieszkania czy innej nieruchomości to rodzaj aktywa. Może być wykorzystany jako zabezpieczenie kredytu, może być sprzedany za gotówkę. Bardziej zamożni i zaradni potrafią budować swój majątek w oparciu o wynajmowanie lub handel nieruchomościami.

Ale również na tym rynku dochodzi do baniek spekulacyjnych oraz spektakularnych krachów. W latach 80-tych i 90-tych przez Stany Zjednoczone przetoczyła się fala upadłości towarzystw depozytowych, które zbierały od klientów oszczędności i udzielały nisko oprocentowanych kredytów hipotecznych. Jednym z powodów kryzysu finansowego z 2008 roku była popularność produktów strukturyzowanych, na które składały się ryzykowne, niespłacane kredyty hipoteczne w USA.

W Polsce też mieliśmy swoje kłopoty na rynku nieruchomości. Szczyt popularności kredytów we frankach szwajcarskich przypadł na okres, kiedy za jednego franka płaciło się niewiele ponad 2 złote. Dzisiaj trzeba za niego zapłacić ok 3,4 złote, a bywało drożej. To zwiększa wartość zobowiązań wobec banku w przeliczeniu na złotówki oraz wysokość raty dla dziesiątek tysięcy rodzin.

Rozdział szósty – globalizacja

Na zakończenie książki „Potęga pieniądza” Niall Ferguson przygląda się procesom globalizacji, które w ostatnich dekadach są jednym z głównych motorów innowacji w finansach.

Z punktu widzenia historyka nie jest to nic nowego – w XIX i na początku XX wieku świat przechodził już etap globalizacji napędzany przez kolonializm oraz rewolucję przemysłową. Za jego zakończenie uznaje się dwie wojny światowe oraz gigantyczny kryzys gospodarczy znany jako Wielka Depresja z lat 1929-1933. Przez kilka kolejnych dekad nastąpił gwałtowny odwrót od globalizacji na rzecz gospodarek centralnie sterowanych (np. ZSSR, Polska, NRD) lub – przynajmniej w teorii – samowystarczalnych (np. dzisiejsza Korea Północna, Zimbabwe, Kuba).

Co ciekawe, o ile z dzisiejszego punktu widzenia ciąg wydarzeń, który doprowadził do tamtych katastrofalnych zniszczeń, wydaje się oczywisty, właściwie nikt nie przewidział ich skali i konsekwencji. Do ostatnich dni przed drugą wojną światową handlowano obligacjami państw, które za chwilę miały stać się zaciętymi wrogami, a ich rentowność wcale nie sugerowała nadchodzących problemów. Wielu teoretyków i analityków twierdziło, że długi konflikt na skalę światową nie jest możliwy, ponieważ nikt nie ma interesu w naruszaniu pokoju oraz lukratywnych związków gospodarczych i inwestycyjnych między państwami.

Pokazując, jak błyskawicznie rozpadały się w przeszłości relacje między stronami, Niall Ferguson zwraca uwagę na to, że dzisiejsza globalna gospodarka nie jest stanem gwarantowanym raz na zawsze, a zaufanie między państwami, firmami czy osobami, które stanowi podstawę rynków finansowych, jest nieprawdopodobnie ulotnym zasobem.


Czego nauczyłem się z książki „Potęga pieniądza. Finansowa historia świata”?

Moje cztery najważniejsze (i trochę przygnębiające) spostrzeżenia dotyczące finansów po przeczytaniu wywodu Nialla Fergusona są następujące:

1. Ekonomia i finanse mają ewolucyjną naturę

Autor „Potęgi pieniądza” pokazuje fascynującą ewolucję rynków od prymitywnych form wymiany gospodarczej do dzisiejszych rynków finansowych z całym ich skomplikowaniem i wyrafinowaniem. To, co jest w tym wszystkim najbardziej uderzające, to sposób, w jaki narzędzia finansowe dostosowywały się do zmieniających się potrzeb ludzi i instytucji.

To jest naturalny proces, który nigdy nie ustanie, ponieważ ludzie zawsze będą chcieli wchodzić w transakcje z innymi ludźmi i będą potrzebowali narzędzi do rozliczania, księgowania czy finansowania tych transakcji, w jakiejkolwiek postaci.

Z drugiej strony każda ewolucja ma naturalistyczny aspekt polegający na stopniowym eliminowaniu najsłabszych (państw, miast, firm, rodzin, itp.), a przedłużaniu życia silniejszym. O ile w odniesieniu do przyrody taka ewolucja pewnie nie będzie nam przeszkadzać, można poczuć się trochę nieswojo myśląc o sobie, swojej rodzinie, swojej firmie czy swoim kraju jako „ofierze” nieubłaganej ewolucji ekonomicznej. To dość brutalny, ale w jakiejś mierze prawdziwy obraz sytuacji i warto nauczyć się z nim żyć, bez względu na to, czy pasuje do naszych przekonań o świecie, czy nie.

2. W finansach wszystko jest względne, płynne – nie ma od tego ucieczki

Dla większości normalnych ludzi w cenie są stabilność, bezpieczeństwo, pewność zatrudnienia i temu podobne wartości. Najchętniej chcielibyśmy gwarancji (np. od państwa, od pracodawców, od instytucji finansowych), że ich sytuacja się nie pogorszy. Za takie deklaracje jesteśmy gotowi oddać głos w wyborach, zapłacić cenę niskiego oprocentowania depozytów w banku czy też zaakceptować niższe zarobki w stabilnej pracy. Chcemy być odizolowani od niepewności i zmian.

Tylko że to niemożliwe. Wszystkie tego typu gwarancje są kompletną ułudą i nigdy nie usuwają w 100% ryzyka. Dlaczego? Ponieważ instytucje, które je wystawiają – państwa, banki, firmy ubezpieczeniowe, itp., zalezą od zmiennych i niepewnych rynków finansowych, żeby się z nich wywiązać.

Rynek ma naprawdę sporą paletę możliwości, żeby odzwierciedlić ryzyko w cenach. Jeśli państwo jest nadmiernie zadłużone w stosunku do możliwości i nic z tym nie robi, może się to skończyć wzrostem rentowności obligacji lub dewaluacją waluty. Na pewno odczują to w swoich portfelach jego obywatele, bez względu na deklaracje i zapewnienia polityków.

Jeśli spółka jest źle zarządzana i się nie rozwija, z jakiegokolwiek powodu, skończy się to spadkiem cen jej akcji, koniecznością obniżek płac i zwolnieniami, oddaniem części rynku konkurencji, itp. I nie będzie miało wielkiego znaczenia, co zarząd obiecał akcjonariuszom czy pracownikom, bo i tak nie będzie z czego za to płacić.

3. Zaufanie i zobowiązania

„Potęga pieniądza” utwierdziła mnie w przekonaniu, że cała gospodarka – na każdym poziomie – oparta jest o wzajemne zobowiązania oraz zaufanie. Wyobraźmy sobie, że od jutra każda osoba i każda instytucja może bezkarnie anulować wszystkie swoje zobowiązania wobec innych – kredyty, ubezpieczenia, świadczenia emerytalne, depozyty, obligacje, akcje, akty własności, umowy najmu, umowy pracy i wszelkie inne umowy, w tym ustne. Wszystko to staje się nieważne.

To byłby prawdziwy horror, kryzys niewyobrażalnych rozmiarów, rewolucja i anarchia. Dlaczego? Ponieważ funkcjonowanie praktycznie każdego elementu rzeczywistości opiera się na wzajemnych zobowiązaniach. Nie każde z nich ma tak formalny charakter jak umowa kredytu czy ubezpieczenia, część jest zawierana ustnie, część jest w ogóle niewypowiedziana, tylko domyślna. Ale wszystkie zależą od jednego czynnika – zaufania między stronami zobowiązania.

O zaufanie opiera się również sama instytucja pieniądza, który jest po prostu wygodnym sposobem na zorganizowanie wymiany usług i produktów. Tylko tyle i aż tyle. Ani papierowy dolar, ani złota moneta, ani elektroniczny zapis na karcie płatniczej, ani Bitcoin nie mają żadnej wartości, jeśli nie będziemy ich wspólnie honorować jako środka płatniczego.

4. Nieustający transfer zasobów i majątku

Każde zobowiązanie ma dwie strony, a wiele z nich ma asymetryczny charakter – jedna strona otrzymuje głównie korzyści, druga głównie obowiązki i koszty. Tak jest chociażby w przypadku kredytów bankowych – właściciele kapitału zarabiają na odsetkach i opłatach za usługi bankowe, biorcy kapitału muszą za to wszystko płacić. Właściciele nieruchomości zarabiają na najemcach, itp. Za pomocą tego typu zobowiązań finansowych trwa i zawsze będzie trwać nieustający transfer zasobów i majątku.

To smutne, ale prawdziwe – w pewnym sensie sukces w finansach osobistych polega na przejściu na stronę tych, którzy posiadają kapitał lub inne aktywa i mogą dzięki temu dyktować warunki tym, którzy ich akurat potrzebują. To brutalna wizja świata, ale w gruncie rzeczy do tego sprowadza się bycie deponentem oszczędności w banku czy obligatariuszem. Na nasze odsetki pracuje ktoś, komu bank lub rynek udostępnił nasz kapitał – być może jest to jakaś dorabiająca się rodzina, być może jakaś firma w tarapatach finansowych. Tak czy inaczej - to jest układ naczyń połączonych.

Niall Ferguson cytuje w tym kontekście amerykańskiego ekonomistę Frederica Mishkina, który pisze, że „system finansowy to mózg życia gospodarczego – służy jako mechanizm koordynujący alokację kapitału do najbardziej produktywnych biznesów oraz gospodarstw domowych”.

W innej książce wyczytałem kiedyś, że proces transferu zasobów i majątku do najproduktywniejszych osób i instytucji jest tak nieubłagany, że gdybyśmy dzisiaj zadekretowali, że każdy musi mieć dokładnie tyle samo, ale potem znowu zezwolili na swobodną wymianę ekonomiczną, i tak po pewnym czasie wróciłyby dysproporcje między najbogatszymi i najbiedniejszymi w podobnej skali co dzisiaj.




4 komentarze:

  1. Ciekaw byłbym Pana uwag do najnowszej książki Fergusona - Great Degeneration : How institutions decay and economies die. (Można także zapoznać się z jego poglądami wyłożonymi w książce słuchając serii czterech wykładów - Reith Lectures - dostępnych na BBC4 (http://www.bbc.co.uk/programmes/b01jmxrx). Wiele ciekawych (i także dość przygnębiających) myśli o przyczynach i skutkach kryzysu finansowego 2008.
    Pozdrawiam serdecznie! M. P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Intrygujący temat. Czytałem kiedyś dobrą pozycję z tego kręgu pod tytułem "Immoderate Greatness: Why Civilizations Fail" autora piszącego pod pseudonimem William Ophuls http://www.goodreads.com/author/show/866479.William_Ophuls

      Jak zapoznam się z książką lub serią wykładów, podzielę się wrażeniami pod Pana komentarzem lub w osobnym artykule.

      Pozdrawiam, proszę wracać!

      Usuń
    2. A ja polecam jeszcze - chyba najczęściej cytowaną zakresie "upadających cywilizacji" - "Why Nations Fall" Daron Acemoglu, James Robinson

      http://www.amazon.com/Why-Nations-Fail-Origins-Prosperity

      Usuń
    3. Dzięki. Nie czytałem, a tematykę lubię. Nie dlatego, że uważam, że jesteśmy bardzo blisko upadku, tylko dlatego, że pomaga zidentyfikować destrukcyjne siły, którym trzeba się przeciwstawiać, spowalniać.

      Pozdrawiam, proszę wracać!

      Usuń

A co Ty sądzisz?