sobota, 7 listopada 2015

[szerszy obraz] Jaką wizję gospodarki i rynków miał Hyman Minsky i czego się z niej nauczyłem?




Spójrzmy na życie z nietypowej perspektywy – jak na serię przepływów pieniędzy. A na rzeczywistość wokół nas jak na skomplikowaną sieć zobowiązań między ludźmi, firmami i instytucjami, które wywołują te przepływy pieniędzy w czasie. Struktura tych zobowiązań bywa co jakiś czas źródłem problemów, które lubimy nazywać kryzysami.

Taki punkt wyjścia w myśleniu o gospodarce i rynkach proponuje mało znany w Polsce ekonomista Hyman Minsky. Moim zdaniem za pomocą tego trochę abstrakcyjnego, księgowego modelu można też spróbować zrozumieć i ulepszyć indywidualne decyzje finansowe.

Na świecie Hyman Minsky ceniony jest przede wszystkim za to, że jego poglądy uwzględniają olbrzymią rolę instytucji finansowych, pieniądza (w tym kredytu) oraz zysku we współczesnej gospodarce. Kryzys finansowy rozpoczęty w USA w 2008 roku określa się czasem mianem "momentu Minsky'ego".

Jaką wizję gospodarki i rynków ma Hyman Minsky? Czego się z niej nauczyłem?

Ten artykuł to kolejna część niekończącego się cyklu [szerszy obraz].

Przyglądam się w nim spojrzeniu na świat i przekonaniom wpływowych ekonomistów, badaczy rynków, inwestorów, naukowców, myślicieli i praktyków. Nie szukam i nie promuję jednej prawdy objawionej. Uważam, że warto znać i czerpać z różnych sposobów myślenia o rzeczywistości wokół nas.

W tym, co czytam, oglądam i słucham, wyszukuję przydatne pojęcia i narzędzia, dzięki którym można sprawniej i świadomiej podejmować decyzje. Najbardziej interesują mnie względnie trwałe mechanizmy. Najmniej – bieżący szum informacyjny. Mam pragmatyczne podejście do wiedzy. Chcę wiedzieć, jak coś działa, dlaczego i co z tego dla mnie wynika.

W innych artykułach z tej serii przybliżyłem, jak widzą rzeczywistość ekonomiczną, w której przyszło nam żyć, między innymi Ray Dalio, Daniel Kahneman, John Bogle, William Bernstein, Hyman MinskyNassim Taleb, Robert Shiller, Niall Ferguson, Benoit Mandelbrot, Sebastian Buczek i Mohnish Pabrai.

Więcej o cyklu [szerszy obraz] / Wcześniejsze artykuły / ZOSTAŃ SPONSOREM


Hipoteza niestabilności finansowej


Jak gospodarkę widzi Hyman Minsky?
Hyman Minsky jest prawdopodobnie najbardziej znany ze stwierdzenia, że „stabilność jest destabilizująca”. Oznacza ono mniej więcej tyle, że we współczesnym systemie gospodarczym, opartym w dużej mierze o finansowanie kredytem, okresy stabilności i dobrobytu nieuchronnie prowadzą do kryzysów.

To fascynujący paradoks. Dzieje się tak dlatego, że osoby podejmujące decyzje finansowe – czyli my wszyscy, ale przede wszystkim zarządzający firmami – przyzwyczajają się do sprzyjających warunków i w miarę upływu czasu podejmują coraz bardziej ryzykowne decyzje. Ryzykowne można by w tym kontekście zdefiniować jako oparte o zbyt optymistyczne założenia, np. dotyczące przyszłych zysków, przyszłych zarobków czy przyszłych cen.

Gdy po jakimś czasie rzeczywistość okazuje się gorsza od oczekiwań, np. nie zarabiamy tyle, ile nam się wydawało; ceny nie są tak wysokie lub niskie, jak miały być, itp., wcześniejsze zobowiązania zaciągnięte w oparciu o zbyt optymistyczne założenia stają się źródłem kłopotów.

Skądś to znam. Spójrzmy, jak rozjechały się z rzeczywistością wyobrażenia o przyszłości osób zaciągających kilka lat temu kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich oraz banków udzielających tych kredytów. Wtedy masowo działano na podstawie optymistycznych założeń i zorganizowano wokół nich długoterminowe, złożone umowy. Dzisiaj wiele z nich jest źródłem kłopotów dla obu stron – przyszłość nie rozwinęła się tak, jak na starcie założyli.

Dla Minsky'ego regularne pojawianie się tego typu niestabilności w systemie finansowym jest cechą charakterystyczną kapitalizmu. Należy jej się wręcz co jakiś czas spodziewać. Więcej – nie należy oczekiwać całkowitej stabilności. Warto wręcz przyglądać się systemowi w poszukiwaniu źródeł nierównowagi, niestabilności i kruchości.

Najważniejszym typem zobowiązań, co do których często popełniamy błędy na poziomie indywidualnym i systemowym, są kredyty. Ale to nie tylko one są źródłem niestabilności. W dobrych czasach firmy mają tendencję do zwiększania zatrudnienia i inwestycji, osoby prywatne do zwiększania wydatków na styl życia, inwestorzy podejmują decyzję o zakupie ryzykownych aktywów, itp. Wiele z tych decyzji wiąże się z długoterminowymi, złożonymi zobowiązaniami i – gdy rzeczywistość później negatywnie zaskakuje – „wyplątanie się” z nich bywa bolesne.

Hyman Minsky twierdził, że współczesne gospodarki kapitalistyczne mają skłonność do tego typu cyklicznej niestabilności finansowej. Po dłuższym okresie optymizmu i wzrostu, gdy uczestnicy życia gospodarczego podejmują coraz więcej coraz bardziej ryzykownych zobowiązań, przede wszystkim kredytowych, system przechodzi okres destabilizacji. Musi urealnić strukturę zobowiązań, lepiej dopasować ją do prawdziwych przepływów pieniędzy, zweryfikować założenia.

Tego typu procesy dostosowawcze potrafią być długie i bolesne. Dzieją się w trochę innej skali niż nasze życie codzienne, chociaż bezpośrednio na nie wpływają. Firma, branża, budżet państwa, a nawet osoba prywatna, nie jest w stanie oczyścić bilansu z nietrafionych kredytów czy inwestycji w przeciągu dnia czy tygodnia. A jest to jednak konieczne, żeby odzyskać stabilność i wzrostowy rytm.

Dlaczego współczesny system finansowy jest taki niestabilny?


Po pierwsze, dlatego że przyszłość jest nieznana i niepewna, więc absolutnie wszystkie decyzje finansowe na temat przyszłości są obarczone błędem. Po drugie, mamy tendencję do ekstrapolacji – wystarczy stosunkowo krótki okres, gdy sytuacja się poprawia, a już nasuwa nam się wniosek, że tak lub jeszcze lepiej będzie w przyszłości. Potrafimy też przestrzelić w drugą stronę – stosunkowo krótki okres, gdy sytuacja się pogarsza, wywołuje silne lęki o przyszłość oraz nieprzemyślane, paniczne decyzje.

Minsky: „Wszystkie umowy finansowe polegają na zamianie pewności na niepewność. Obecny właściciel pieniędzy rezygnuje z bieżącego wykorzystania środków w zamian za niepewne źródła dochodu w przyszłości”.

Albo: „Tak samo jak nie istnieje coś takiego jak darmowy lunch, nie istnieje coś takiego jak pewny interes dotyczący przyszłości”.

Na poziomie makro ważny jest jeszcze jeden mechanizm. Minsky: „W gospodarkach naszego typu istnieje zależność pomiędzy rynkami finansowymi a dochodami i poziomem produkcji. Bierze się ona z tego, że część zapotrzebowania na bieżącą produkcję jest finansowana dzięki emisji nowych instrumentów finansowych. Jest jeszcze druga zależność – zarobki, zyski i wpływy podatkowe muszą być na poziomie, który zapewnia spłatę wcześniej zaciągniętych zobowiązań finansowych, jeśli ceny aktywów finansowych oraz zdolność do emitowania kolejnych instrumentów finansowych mają być utrzymane”.

Innymi słowy: współczesne gospodarki kapitalistyczne są uzależnione od nowego kredytu (odpowiada on za znaczną część obecnego popytu na towary, usługi i pracę, znaczną część obecnych cen aktywów finansowych, znaczną część zysków firm i wpływów podatkowych oraz znaczną część środków koniecznych do spłaty poprzednich zobowiązań).

Ze względu na to, że kredyt jest tak powszechny oraz jest długoterminowym, złożonym zobowiązaniem między kilkoma stronami, który wpływa na ich przepływy pieniędzy w przyszłości, jest najważniejszym źródłem (zazwyczaj przejściowej) niestabilności.

Pół biedy jeśli ze swoich zobowiązań nie wywiązuje się pojedynczy podmiot – straciłem kiedyś 5 tysięcy złotych, gdy firma deweloperska Gant przestała spłacać swoje długi (byłem właścicielem jej obligacji). To wydarzenie – jakkolwiek nieprzyjemne – nie wykoleiło moich finansów, również dzięki temu że wartość mojej inwestycji była relatywnie niewielka. Wiele osób w ogóle nie słyszało o tej historii. Z powodu wyłożenia się jednego dewelopera nie było żadnego kryzysu.

Znacznie większy problem pojawia się wtedy, gdy niewywiązywanie się ze zobowiązań staje się masowe. Zagrożona jest wtedy stabilność finansowa firm i instytucji finansowych, a stan finansów publicznych się szybko pogarsza (niższe wpływy z podatków, konieczność zaciągania długu, żeby sfinansować sztywne świadczenia społeczne typu wypłaty w budżetówce, emerytury, zasiłki, itp). To przekłada się na znacznie trudniejsze warunki na rynku pracy – cierpią przede wszystkim zwykli ludzie, którzy nie mają oszczędności, polegają na ostatniej wypłacie, są zadłużeni, mają niskie umiejętności i nie są zdolni do szybkiej zmiany pracy.

Rola zysków


W podejściu Hymana Minsky'ego do gospodarek kapitalistycznych kluczowe są również zyski. Wiemy już, że za część zysków praktycznie w każdym momencie odpowiadają nowo udzielane kredyty. To bardzo istotny czynnik.

Wracając do przykładu kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich – nieprzypadkowo okres 2005-2007, gdy były masowo udzielane, zbiegł się w czasie z rekordowymi zyskami branży deweloperskiej, szybkimi wzrostami cen mieszkań oraz eldorado dla pośredników nieruchomości i doradców finansowych. Między innymi te długoterminowe kredyty „sfinansowały” wzrost cen oraz ponadprzeciętne krótkoterminowe zyski.

Spójrzmy zresztą na rozkład zysków jednej ze spółek publicznych z branży deweloperskiej (JW Construction) w czasie. W rekordowych drugim półroczu 2007 roku zarobiła „na czysto” ponad 122 miliony złotych. To praktycznie tyle samo co łącznie przez ostatnie pięć lat.

JWC Construction zyski

Spójrzmy też na wykres ceny jednej akcji spółki JW Construction, która właśnie w 2007 przeprowadziła pierwszą emisję publiczną. Wysokie krótkoterminowe zyski oraz dobre nastroje w branży w tamtym momencie sprawiły, że inwestorzy kupowali akcje po 71zł, ze wskaźnikiem cena do wartości księgowej (P/BV) blisko 8. Dzisiaj jedna akcja kosztuje niecałe 5zł, a P/BV wynosi niecałe 0,7.

Wykres ceny akcji JW Construction

Nie każda branża jest tak wrażliwa na dostępność kredytu jak budownictwo mieszkaniowe. Ale w krótkim terminie praktycznie dla całej gospodarki korzystniej jest, gdy kredyty są łatwo dostępne. To środowisko wspierające bieżące zyski większości branż.

W dłuższym okresie sytuacja jest bardziej skomplikowana – wartość długu i kosztów jego obsługi narasta, maleje ilość miejsca na nowe kredyty, ludzie, firmy i instytucje podejmują coraz bardziej lekkomyślne decyzje finansowe oparte o nierealistyczne założenia. System finansowy staje się coraz bardziej kruchy i niestabilny, a wzrost czy nawet utrzymanie zysków są coraz bardziej zagrożone.

No i co z tego? Czy zyski są w ogóle aż takie ważne? W systemie kapitalistycznym, w którym żyjemy, są absolutnie kluczowe z dwóch powodów:

a) poziom zysków wpływa na oczekiwania zarządzających firmami co do zysków w przyszłości – wysokie bieżące zyski budują wysokie oczekiwania w stosunku do przyszłości, zachęcając tym samym do odważniejszego zwiększania produkcji, zatrudnienia i inwestycji

b) zyski odgrywają zasadniczą rolę w otwieraniu firmom dostępu do zewnętrznego finansowania działalności oraz inwestycji – dla banków, inwestorów instytucjonalnych i innych źródeł kapitału zyski są oznaką dobrej kondycji, perspektyw i stabilności przedsięwzięcia

To działa też w przeciwnym kierunku – przedsiębiorstwa i instytucje przynoszące przez długi okres straty są zmuszone do ograniczania produkcji, zatrudnienia i inwestycji, a instytucje finansowe stają się coraz mniej chętne do finansowania ich działalności.

W każdym razie spojrzenie Hymana Minsky'ego na gospodarkę może pomóc w zrozumieniu, skąd się biorą tak duże wahania zysków oraz wycen różnych aktywów finansowych. Do mnie szczególnie przemawia jego rozwinięcie przez amerykańską firmę z branży inwestycyjnej Jerome Levy Forecasting Center.

Lubię ten fragment jednego z ich raportów: „Pieniądze przepływają przez gospodarkę jak woda przez złożoną sieć rurek. Dolary (złotówki) nieustannie krążą – są otrzymywane i wydawane przez różne osoby i organizacje w czasie. Wypłaty, zyski, wpływy ze sprzedaży, podatki i dywidendy to wszystko przepływy pieniędzy, a nie statyczne sumy, które siedzą na koncie w banku czy w skarbcu”

W takim systemie, z punktu widzenia całej gospodarki, za wzrost zysków odpowiadają:
  • wydatki konsumentów,
  • inwestycje i zwiększanie zapasów przez przedsiębiorstwa,
  • wydatki państwa,
  • przewaga eksportu nad importem
Negatywny wpływ na zyski mają z kolei:
  • oszczędności konsumentów,
  • oszczędności przedsiębiorstw (np. wstrzymywanie inwestycji),
  • amortyzacja i odpisy (wcześniejszych inwestycji),
  • oszczędności państwa,
  • przewaga importu nad eksportem

Co z tego da się zastosować we własnych finansach osobistych?


Hyman Minsky specjalizował się w makroekonomii, czyli dużych procesach i mechanizmach typu wzrost gospodarczy, inflacja czy zadłużenie sektora publicznego i prywatnego. Nie znajdziemy tu bezpośrednich porad finansowych typu, jak się szybko wzbogacić, jak lokować oszczędności albo jak wyjść z długów.

Ale chcąc nie chcąc, nasze finanse osobiste są częścią tej większej całości. Jeśli rozumiemy, jakie działają w niej siły, możemy próbować lepiej dostosowywać swoje decyzje i swoją sytuację finansową do rzeczywistości. Jak? Mam trzy propozycje:

1. Dobrze dopasuj aktywa do zobowiązań


Mamy tendencję do wybierania aktywów pod kątem takich parametrów jak najwyższe oprocentowanie, największy potencjał zarobku, itp. Poszukujemy absolutnych rad typu, jaki jest najlepszy fundusz inwestycyjny czy akcje której spółki dadzą jak najwięcej zarobić.

Niestety nie mamy w zwyczaju patrzeć na drugą stronę naszego bilansu, czyli przyszłe zobowiązania, które być może powinny być najważniejszym punktem odniesienia w naszych finansach.

Mam przykład ze swojego życia. Przez ostatnie lata zmieniłem stan cywilny i urodziła mi się dwójka dzieci. Te wydarzenia totalnie zmieniły strukturę moich zobowiązań – bieżące, stałe wydatki znacząco wzrosły, niespodziewane wydatki zdarzają się znacznie częściej, a przy tym życie rodzinne konsumuje dużą część takich zasobów jak czas i uwaga, negatywnie wpływając na poziom zarobków.

Żeby dostosować swój bilans do nowej sytuacji, utrzymuję znacznie więcej płynnych rezerw, z których mogę w każdej chwili skorzystać. To w praktyce depozyt bankowe w złotówkach (ponieważ wydatki też są w złotówkach) na rachunku oszczędnościowym lub krótkoterminowych lokatach. Nie ma dla mnie znaczenia, że ta klasa aktywów oferuje w tej chwili co najwyżej 3% zwrotu w skali roku. Nawet gdyby oferowała znacznie mniej, wciąż utrzymywałbym w niej znaczne oszczędności, ponieważ tego wymaga ode mnie obecna struktura zobowiązań.

Z drugiej strony, w odległej przyszłości będziemy musieli sobie poradzić z podwyższonymi wydatkami związanymi z wychowaniem i edukacją dzieci oraz własną emeryturą. To kolejne zobowiązania, do których chcę dostosować swój obecny bilans. Oszczędności gromadzone na te cele nie muszą być łatwo dostępne, za to zależy mi, żeby ich stopa zwrotu była trochę wyższa niż na gwarantowanych depozytach. Więc:

a) korzystamy z żoną z IKE i IKZE, które pozwalają na optymalizację podatkową długoterminowych oszczędności

b) moje długoterminowe oszczędności mają bardziej zróżnicowaną formę – fundusze inwestujące na całym świecie na IKE i polisie inwestycyjnej oraz wybrane spółki publiczne w Polsce na IKZE (żona korzysta z lokaty bankowej IKE)

W tym przypadku bieżąca zmienność wyceny tych oszczędności nie jest dla mnie najważniejsza. Z dużym prawdopodobieństwem nie będę potrzebował tych pieniędzy przez lata. Mimo tego korzystam z różnych technik pozwalających na minimalizowanie ryzyka i wykluczanie przypadku, żeby się za bardzo nie stresować. Od jakiegoś zakresu zmienności nie da się jednak całkowicie uciec – jest to cena, którą w tym segmencie moich oszczędności jestem w stanie zapłacić za wyższy potencjał wzrostu w dłuższym terminie.

2. Bądź antycykliczny


Życie gospodarcze rozwija się cyklami. Nie ma jednak przymusu, żeby zaciągać kredyty, gdy wszyscy inni je zaciągają na podstawie tych samych hurra optymistycznych założeń, czy kupować akcje lub fundusze inwestycyjne, gdy wszyscy inni je kupują oczekując dalszych wysokich zysków.

Mówiąc obrazowo, jeśli ktoś działa antycyklicznie, kupuje zimowe ubrania wiosną, a letnie ubrania jesienią, po sezonie, gdy ich ceny są najniższe. Albo jeździ nad polskie morze przed i po miesiącach wakacyjnych. Nie musi w ten sposób uczestniczyć w szaleństwie i inflacji związanej z wysokim sezonem.

W finansach osobistych przykładem działania antycyklicznego jest nabywanie ryzykownych aktywów, np. jednostek funduszy inwestycyjnych, po tym gdy ujawnią się jakieś problemy, ceny znacząco spadną, a proces wydostawania się z tych problemów będzie już zaawansowany. Oraz sprzedawanie ryzykownych aktywów i budowanie płynnych rezerw o dobrej jakości, gdy ich wyceny oraz sentyment wokół ich przyszłych wyników jest bardzo optymistyczny.

Tego typu myślenie dobrze podsumował kiedyś jeden z moich ulubionych inwestorów Howard Marks: „Im mniej rozwagi wykazują inni w prowadzeniu swoich spraw, tym więcej rozwagi powinno być w tym, jak ty prowadzisz swoje sprawy”.

3. Daj sobie duży margines błędu


Skoro współczesny system finansowy i gospodarczy jest z natury rzeczy niestabilny, a okresy kryzysów i zakłóceń to coś, czego właściwie powinniśmy się regularnie spodziewać, warto wbudować w swoje decyzje odpowiednio duży margines błędu.

Lepiej, żeby nasze oczekiwania wobec stóp zwrotu z różnych aktywów finansowych były konserwatywne. Lepiej nie zakładać, że zawsze będziemy zdrowi, nieomylni, a nasze zarobki będą tylko rosły. Lepiej nie opierać naszej zdolności kredytowej na hurra optymistycznych założeniach, a tym bardziej z takiej zdolności kredytowej korzystać.

Dywersyfikacja i redundancja (nadmiar w stosunku do tego co konieczne) w dłuższym okresie dają większą szansę na przetrwanie i poradzenie sobie bez wielkich awarii niż koncentracja i optymalizacja, szczególnie naiwna.

Wszystkie poprzednie artykuły z serii [szerszy obraz] oraz wszystkie recenzje książek o finansach.


4 komentarze:

  1. Nie są to odkrywcze prawdy, podobnie jak i sam ekonomista nieżyjący bodajże od 20 lat. Pułapka systemu kapitalistycznego polegająca na potrzebie ciągłego wzrostu, pozwalającego na spłatę kredytów, którymi napędza się gospodarka i prywatna konsumpcja, jest znana od lat. Ostatnio postanowiono walczyć z cyklicznością w kapitalizmie poprzez sztuczne łagodzenie skutków kryzysu poprzez politykę luzowania ilościowego (QE), wpierw w USA, teraz także w UE. Nowatorskie dla ekonomisty są dziwne skutki takiej polityki, które właśnie obserwujemy - brak inflacji, która powinna wydawać się oczywista; bańki na niektórych giełdach; wreszcie "skutki skutków"czyli np. ujemne stopy procentowe banków centralnych "spokojnych przystani" typu CH. Do tego dochodzą coraz śmielej wyrażane nowe pomysły - centralnego golenia z kasy rynków finansowych podatkami od przepływów oraz wypłacania przez narodowe budżety każdemu obywatelowi tzw. państwowego dochodu gwarantowanego. O tym wszystkim się od Minskiego nie dowiemy i dla mnie nie ma on nic ciekawego do powiedzenia. Opisuje po prostu pewien etap rozwoju kapitalizmu,który już minął.

    Ps.Przykład z polskim morzem nie jest zbyt szczęśliwie dobrany. Pobyt tam poza sezonem jest dobrem z gruntu niepełnowartościowym, słoneczny i ciepły high season trwa raptem półtora miesiąca, zresztą nawet wtedy pogoda jest mocno niepewna. Jeśli już szukać tak chybotliwych analogii, to dałbym tu podróż na Malediwy we wrześniu - ceny wtedy są najniższe w całym roku, a szansa na ominięcie deszczu i tak wielokrotnie wyższa niż w Polsce.

    z17

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mniej ważne jest dla mnie to, czy coś jest odkrywcze i czy robi na kimś wrażenie, a bardziej, czy jest prawdziwe.

      Marek Aureliusz czy Seneka nie żyją od ponad 2100 lat, a to, co stworzyli, jest wciąż bardziej wartościowe niż 99,99% tego, co codziennie konsumujemy w mediach.

      Minsky jest mega adekwatny do obecnych czasów - prawdopodobnie żaden inny ekonomista nie ma więcej do powiedzenia na temat roli polityki monetarnej, w tym QE, w stabilizowaniu gospodarki, której grozi deflacja lub która przechodzi deflację. Gdyby naprawdę znał Pan Minsky'ego i jego kontynuatorów, być może brak inflacji nie byłby dla Pana zaskoczeniem - zwiększenie się bilansów banków centralnych równoważy kurczenie się bilansów gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, więc ostatecznie w systemie wcale nie ma nadwyżki pieniędzy i inflacji, którą miały już dawno wywołać programy QE.

      Obawiam się, że Pana obawy - wyrażane nie tylko w tym komentarzu - odnośnie inflacji rodem z lat 80-90 w Polsce - biorą się z tego, że myśli Pan jeszcze w kategoriach poprzedniego systemu - zamkniętego, w którym faktycznie drukowało się pieniądze przy JEDNOCZESNYM braku towaru (podaży) i olbrzymim popycie. Niestety to właśnie ten model myślenia odnosi się do "etapu rozwoju, który już minał".

      W tej chwili mamy do czynienia z sytuacją obniżania stóp procentowych lub programów luzowania ilościowego przy jednoczesnym NADMIARZE towaru (podaży) w skali globalnej oraz ograniczonym popycie. To nie jest otoczenie inflacyjne w takim samym stopniu jak w Polsce w 80-90 latach, ale Pan i wielu innych chce wierzyć, że jest. Minsky opisuje takie sytuacje i dlatego jego prace wzbudzają teraz takie zainteresowanie, mimo że nie żyje od iluś tam lat.

      Minsky ma też dużo do powiedzenia apropos baniek spekulacjnych i innych nierównowag w systemie ekonomicznym, które tak Pana zaskakują i intrygują.

      Proszę spróbować "zawiesić" na chwilę swoje bojowe nastawienie i ostre oceny i po prostu przeczytać coś, co napisał. Jego spojrzenie jest mega adekwatne, a to że żył kilkanaście lat temu i nie występuje obecnie w telewizji lub w internecie "nawalając" o bieżących sprawach nie zmienia tego, że pojęcia i narzędzia, których używa, pomagają zrozumieć współczesność.

      Pozdrawiam, proszę wracać!

      PS. Czekam na coś konstruktywnego. Czyje poglądy, pomysły, spojrzenie na rzeczywistość warto poznać, żeby podejmować lepsze decyzje i lepiej rozumieć współczesność?

      Usuń
  2. Ależ w systemie jest nadwyżka pieniędzy, tylko nie trafia na rynek konsumenta. Środki z QE są w systemie bankowym, podejrzewa się też, że stanowią m.in. faktyczne źródło kilkuletnich wzrostów na Wall Street. Proszę wybaczyć, ale sugestia, że w sytuacji nadmiaru podaży towarów na rynku można bezkarnie dodrukowywać pieniądze jest intelektualnie kiepska. Powodem braku inflacji jest to, że QE nie trafia wprost do kieszeni zwykłych zjadaczy chleba, a jedynie powiększa bilanse banków i korporacji. Wielu ekonomistów uważa takie działania za zamiatanie problemów pod dywan, zwraca się też uwagę na fakt, że nie da się wytworzyć bogactwa drukując pieniądze oparte na długu. Ponadto, w nauce jedynie niektóre teorie dotyczące Wszechświata zakładają możliwość nieskończonego wzrostu ;-) Bardziej przyziemna fizyka głosi twardo, że nieskończony wzrost nie jest możliwy. Świat zadłuża się coraz intensywniej, a jedynymi metodami wyjścia z tej spirali długu będzie w końcu albo inflacja, albo "eksperyment cypryjski" na masową skalę (czyli częściowe ogolenie ludności z depozytów bankowych).

    Nie znam żadnego nieomylnego guru, który miałby patent na zbawienie ekonomiczne świata i posiadał recepty na powszechne szczęście. Głównym problemem współczesności jest cały sektor finansowy (banki centralne, największe banki komercyjne i korporacje) - nadpłynny, oderwany od fundamentów realnych gospodarek, kreujący bańki spekulacyjne, wymuszający bardzo złe procesy ekonomiczne w skali globalnej. Nikt nie wie, jak mu się przeciwstawić (jedynie ewentualny rząd światowy miałby ku temu instrumenty, a powołanie takowego jest oczywistą mrzonką).

    Ponadto uważam, że analizy w skali makro mają nader nieduży wpływ na życie w skali mikro, czyli na moje życie. Za circa 10 lat , gdy wejdzie Pan w pierwszą męską smugę cienia, zrozumie Pan, że życie jest na tyle krótkie, że warto brać z niego tylko konfitury i to małą łyżeczką. Czytanie dzieł Minskiego do tych konfitur zdecydowanie nie należy. :D

    Pozdrawiam i dziękuję za wymianę poglądów. z17

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że nie ma jednego guru. Nie szukam takiego.

      Nie zgadzam sie, że nie warto czytać i poznawać różnych punktów widzenia. Wcześniej ujawnił Pan już wielokrotnie swoją niechęć do wiedzy i przekonań innych niż te, które sam Pan wyznaje.

      Nie mam z tym problemu i nie będę Pana przekonywać, że warto mieć szerszą perspektywę. Proszę też mnie nie przekonywać, że jedyne, co warto robić w życiu, to zakładać depozyty bankowe, być agresywnym wobec innych i wszystko negować w ostrych, emocjonalnych słowach, nawet tego dobrze nie znając.

      Odpisując na Pana komentarze czuję się jak psychoterapeuta, który stara się dotrzeć do jakiegoś nabuzowanego frustrata, którego jedynym celem jest wyryczeć jak najgłośniej swoją prawdę objawioną.

      Czy kwestionowanie inflacyjnej roli QE w Japonii czy USA jest intelektualnie kiepskie? Być może w Pana kręgach jest, ponieważ kurczowo chcecie wierzyć w jakąś wizję gospodarek, pieniądza, długu i rynków. Dla Pana jest tylko ta prawda objawiona. Nie chce Pan słuchać argumentów drugiej strony, które streściłem w poprzednim komentarzu.

      Ja naprawdę nie wiem, co sie wydarzy. Też nie uważam, że przeciętny człowiek powinien podejmować decyzje w oparciu o dane makroekonomiczne - przecież to praktycznie niemożliwe. Codzienne życie toczy się w innym rytmie. Ale próba zrozumienia, jak działają większe procesy. Powtarzam - próba zrozumienia, a nie ryczenie do innych swojej małej prawdy objawionej, mogą pomóc przetrwać i sobie poradzić.

      Zresztą, jestem pod wrażeniem, jak często przeciętni ludzie ekscytują się wydarzeniami makro - politycznymi czy ekonomicznymi, na które nie mają wpływu. Niestety - najchętniej angażują się - tak jak Pan - z całą siłą za jedną wizją świata, najlepiej jakąś ekstremalną, i nie chcą widzieć innych punktów widzenia. Dla mnie to błąd, a cykl [szerszy obraz] jest próbą innego podejścia do rzeczy.

      Pozdrawiam, proszę wracać!

      Usuń

A co Ty sądzisz?