niedziela, 6 kwietnia 2014

Czy da się stworzyć portfel inwestycyjny, który poradzi sobie w każdych warunkach?




Nikt nie wie, jak dokładnie rozwinie się przyszłość, ale każdy chciałby się na nią jak najlepiej przygotować. Jeśli oszczędzam i inwestuję z myślą o edukacji dzieci, emeryturze czy innych odległych celach, najważniejsze, czego się obawiam, to duża i nieodwracalna utrata wartości tych pieniędzy gdzieś w przyszłości, np. na skutek wysokiej inflacji, dewaluacji złotówki, załamania na rynku obligacji czy dewastacyjnej bessy na rynku akcji.

Dla właściciela takiego długoterminowego kapitału oznacza to dwie możliwości. Albo będzie na bieżąco monitorował sytuację, przewidywał przyszłe trendy na rynkach i reagował na nie wystarczająco szybko, żeby chronić swój majątek. Albo stworzy zróżnicowany i zrównoważony portfel aktywów, który jest w stanie poradzić sobie bez względu na warunki panujące w gospodarce i na rynkach.

Pierwsza propozycja brzmi naprawdę obiecująco, ale w praktyce systematyczne przewidywanie przyszłości i reagowanie z wyprzedzeniem na wydarzenia tak, żeby tylko na nich korzystać, przekracza zdolności analityczne i poznawcze przeciętnego człowieka. Można próbować, ale ze świadomością, że szanse na sukces są ograniczone, a całe przedsięwzięcie będzie nas mocno absorbować.

Ale czy da się stworzyć stabilny, nie angażujący dużych ilości naszej uwagi portfel inwestycyjny, który poradzi sobie w każdych warunkach i nie narazi nas na utratę znacznej części majątku?

Jakie byłyby zalety takiego podejścia?

Dobra inwestycja na złe czasy i dobre czasy
Gdyby istniała jedna, w miarę stabilna strategia inwestowania, nie byłoby konieczności częstego podejmowania decyzji dotyczących naszych oszczędności. Nie trzeba by robić nagłych zmian w alokacji aktywów czy zastanawiać się, czy lepiej poradzą sobie w najbliższym czasie akcje, obligacje czy może coś innego. Można by spokojnie zająć się czymś konstruktywnym zamiast aktywnie spekulować i ścigać się rynkiem.

Jestem przekonany, że poza osobami zainteresowanymi lub zawodowo związanymi z rynkami finansowymi, większość oszczędzających oczekuje właśnie takiego pasywnego, stabilnego i niezbyt angażującego podejścia.

W tej chwili poczucie bezpieczeństwa i ciągłości najlepiej zaspakajają (dzięki gwarancjom państwa) depozyty bankowe oraz detaliczne obligacje skarbowe. Czy da się osiągnąć podobny poziom przewidywalności (plus szansę na wyższe stopy zwrotu) na rynku? Proponuję przyjrzeć się czterem konkretnym pomysłom.

1. Strategia permanentna

Co by było, gdyby na nasz portfel inwestycyjny składały się w równych proporcjach (25%) cztery odwrotnie skorelowane ze sobą klasy aktywów, które na dodatek zachowują się inaczej w różnych okolicznościach gospodarczych?

Taką dość prostą koncepcję przedstawił w swojej książce amerykański analityk inwestycyjny Harry Browne. Nazwał ją „portfelem permanentnym”. Jak to działa w praktyce?

Nasz portfel inwestycyjny dzielimy po równo na cztery części – po 25% oszczędności przeznaczamy na akcje, obligacje długoterminowe, złoto i instrumenty rynku pieniężnego. Z jakąś regularnością (np. co 6 miesięcy lub co rok) przeprowadzamy równoważenie portfela (rebalancing), czyli przywracamy proporcje do wyjściowych wartości (25% dla każdej klasy aktywów). Możemy też systematycznie dopłacać nowe środki uśredniając ceny zakupu. Jaki to ma sens?

Każda z tych klas aktywów radzi sobie inaczej w różnych okolicznościach rynkowych, ale wszystkie wykazują długoterminowych trend wzrostowy. Akcje najlepiej sprawdzą się w okresach rozpędzającego się wzrostu gospodarczego, obligacje długoterminowe najlepiej zniosą okresy deflacji, złoto to dobra inwestycja w okresach inflacji, a gotówka będzie najlepszą klasą aktywów podczas recesji.

Mając tak zdywersyfikowaną inwestycję i zakładając, że w długim okresie wszystkie te klasy aktywów utrzymają (mimo zmienności) wzrostowy trend, nie musimy się martwić o trafną ocenę sytuacji na rynku czy przewidywanie przyszłości. Nasz portfel przy mniejszej zmienności niż jego poszczególne składniki powinien powoli piąć się w górę.

Przez ostatnie pięć lat (od czerwca 2009r.) inwestycja w dolarach oparta o fundusze ETF reprezentujące akcje z całego świata, obligacje długoterminowe (skarbowe, korporacyjne i komunalne), amerykańskie bony skarbowe i złoto przyniosła ok. 6,5% zwrotu w skali roku (plus ok. 1-1,5% dywidendy co roku).

Strategia permanentna

Jak widać na wykresie, w tym czasie wypadła blado na tle głównego indeksu amerykańskich akcji S&P500 – skumulowany zwrot od czerwca 2009r. to ok. 40% dla strategii permanentnej i ponad 150% dla S&P500.

Ale za to w czasie recesji 2008-2009, kiedy S&P500 straciło 21,1%, strategia permanentna zwiększyła wartość inwestycji o 1,5%. Dużo lepiej niż indeks amerykańskich akcji poradziła sobie również w okresie ostatniego boomu gospodarczego. Pomiędzy styczniem 2005 a grudniem 2007 przyniosła zwrot na poziomie 40,9%, podczas gdy S&P500 dało zarobić 27,4%.

Taki jest efekt szerokiej, pasywnej dywersyfikacji – przy zdecydowanie mniejszej zmienności (która dla wielu jest przejawem ryzyka) osiąga się zdecydowanie bardziej stonowane wyniki niż najlepszy składnik portfela. Coś za coś – większy spokój kosztem braku potencjalnych, wyjątkowo wysokich zwrotów, które od czasu do czasu są udziałem akcji, złota czy obligacji długoterminowych.

2. Strategia na każdą pogodę (All Weather Strategy)

Bardzo pokrewnym, ale trochę bardziej wyrafinowanym podejściem jest tzw. strategia na każdą pogodę autorstwa Raya Dalio i zarządzających z firmy Bridgewater Associates. Tu też chodzi o stworzenie pasywnego portfela składającego się z czterech typów aktywów w równych częściach i odpowiadających różnym okolicznościom gospodarczym.

All Weather Strategy - strategia na każdą pogodę

Różnica polega na tym, że w tym podejściu nie chodzi o podzielenie oszczędności po równo między główne klasy aktywów, tylko o podzielenie ryzyka (rozumianego jako zmienność). Chcemy uzyskać w naszym portfelu tzw. „parytet ryzyka”. W normalnych okolicznościach wyceny akcji są dużo bardziej zmienne niż obligacji – na przykład w portfelu złożonym w 60% z akcji i 40% z obligacji, aż 90% zmienności będzie się brało z części akcyjnej. Jak można tego uniknąć?

Albo redukując część akcyjną kosztem obligacyjnej (np. 80% obligacje, 20% akcje), albo korzystając z dźwigni finansowej (np. za pomocą instrumentów pochodnych typu opcje czy kontrakty terminowe), żeby „na kredyt” zwiększyć wagę obligacji w portfelu.

Pierwsza propozycja oznacza znacznie niższe ryzyko (zmienność), ale przy wyraźnie niższych stopach zwrotu. Druga propozycja równoważy ryzyko między częścią akcyjną i obligacyjną bez obniżania stopy zwrotu, ale wymaga dostępu do zaawansowanych instrumentów finansowych i umiejętności skorzystania z nich do budowania spójnego portfela. Nie sądzę, żeby przeciętny klient banków, funduszy inwestycyjnych czy towarzystw ubezpieczeniowych był w stanie wdrożyć w życie wszystkie zalecenia strategii parytetu ryzyka w tej drugiej formie.

Ale podejście jest mimo wszystko naprawdę inspirujące, ponieważ opiera się na równowadze między kilkoma rodzajami ryzyka, które regularnie pojawiają się w gospodarce (np. inflacja, deflacja, recesja), bez konieczności ich przewidywania. Inny kluczowy filar tej strategii to przekonanie, że rynek akcji i obligacji w długim terminie praktycznie „zapewniają” premię w stosunku do utrzymywania pieniędzy w gotówce (np. depozyty bankowe, fundusze gotówkowe). Co ważne, nie jest to premia pochodząca z trafnej selekcji spółek, ale ze stałego uczestniczenia w całym rynku (np. za pomocą taniego funduszu indeksowego lub ETF).

3. Strategie stabilnego wzrostu i zrównoważona

Większej zmienności można się spodziewać po dwóch popularnych strategiach mieszanych, które są powszechnie dostępne w formie funduszy inwestycyjnych. Chodzi o strategię stabilnego wzrostu, która zakłada ok.30% udział akcji i 70% udział obligacji oraz strategię zrównoważoną, która zakłada ok. 60% udział akcji i 40% udział obligacji. Obie można też stworzyć samemu w funduszu parasolowym dającym dostęp do różnych funduszy akcji i obligacji, co uważam z kilku powodów za lepsze rozwiązanie niż korzystanie z gotowego funduszu mieszanego.

Jak poradziły sobie te strategie od 2000 roku? Przeciętny fundusz stabilnego wzrostu zarobił w tym czasie ok. 130%, co daje trochę ponad 6% zwrotu rocznie dla kogoś, kto zainwestował jednorazowo na początku tego okresu i przygląda się wynikom dzisiaj.

Strategia stabilnego wzrostu - wyniki

Niestety w okresach załamań na rynku akcji tego typu fundusze notują dotkliwe straty – być może dla niektórych inwestorów to wciąż zbyt duża zmienność, zbyt duża ekspozycja na rynek akcji i zbyt niska dywersyfikacja. Warto jednak zauważyć, że przeciętny fundusz stabilnego wzrostu przebił jakiś czas temu szczyty z hossy z 2007 roku, co nie udało się większości czystych funduszy polskich akcji.

Jeśli chodzi o strategię zrównoważoną, wyniki przeciętnego funduszu oferującego to podejście są mniej imponujące. Przez 14 lat strategia dała zarobić ok. 93%, co daje jakieś 4,8% w skali roku, czyli wynik raczej rozczarowujący biorąc pod uwagę wyższy udział akcji w portfelu. Być może jest to skutkiem wysokich opłat za zarządzanie lub gorszej selekcji spółek przez zarządzających – w normalnych okolicznościach 60% udział akcji powinien pozwolić na wypracowanie wyższych zwrotów niż przy 30% udziale tej klasy aktywów. Co ciekawe – przeciętny fundusz zrównoważony wciąż nie poradził sobie z pokonaniem rekordowych wycen z okresu megahossy z lat 2002-2007.

Strategia zrównoważona - wyniki

Nie spisywałbym jednak alokacji 60% w akcje, 40% w obligacje na straty – według tego klucza działa wielu szanujących się inwestorów instytucjonalnych, np. Norweski Państwowy Fundusz Emerytalny, największy na świecie fundusz zarządzający narodowym majątkiem, który lokuje 60% środków w akcje firm z całego świata, w tym z Polski, 35% w obligacje, a 5% w nieruchomości.

Kilka słów o inwestowaniu z Polski

Z punktu widzenia polskiego inwestora jest jeszcze kilka dodatkowych komplikacji. Po pierwsze – zależałoby nam na stabilnym wzroście naszych aktywów przede wszystkim w złotówkach, bo to w tej walucie zarabiamy i wydajemy. Ale jeśli nie chcemy 100% naszych oszczędności uzależniać od losów polskiej gospodarki, co jest jak najbardziej wskazane, będziemy musieli wziąć na siebie trochę przemyślanego ryzyka walutowego inwestując w zagraniczne akcje i obligacje.

Po drugie – polscy inwestorzy mają wciąż raczej ograniczone możliwości tworzenia tanich w utrzymaniu portfeli inwestycyjnych. Polskie towarzystwa funduszy inwestycyjnych nie prowadzą praktycznie w ogóle funduszy indeksowych, a na giełdzie są zaledwie trzy fundusze ETF, z czego żaden nie daje dostępu do rynku obligacji. Bardzo szeroką ofertę funduszy inwestycyjnych, w tym zagranicznych, można znaleźć na tzw. polisach inwestycyjnych, które są jednak bardzo drogie w utrzymaniu, co zmniejsza szanse osiągania wysokich stóp zwrotu.

Osobiście jestem zwolennikiem realizowania długoterminowych strategii inwestycyjnych w oparciu o fundusze parasolowe – są tańsze w utrzymaniu niż polisy inwestycyjne, pozwalają odraczać podatek Belki i dają dostęp do wielu klas aktywów pod jednym parasolem. Występują w formie IKE i IKZE, które pozwalają na optymalizację podatkową. A jeśli ktoś jest mniej samodzielny i woli gotowe rozwiązania, konsekwentne trzymanie się dwóch, trzech funduszy mieszanych o wysokiej jakości zarządzania to też niezły pomysł.


4 komentarze:

  1. Jak widać koncepcja "jakby tu zarobić, a się nie narobić" rzadko kiedy działa na rynkach finansowych. Może to i dobrze, bo po co byłoby się zastanawiać w co inwestować i czy to oby dobry na to moment na kupno skoro można by było nakupić jak leci: akcji, obligacji, złota… i tylko czekać i patrzeć jak stajemy się bogatsi. Z zaawansowanych strategii dywersyfikacji portfela pomiędzy zupełnie różne klasy aktywów bardzo szybko przechodzimy do bardziej "znanej" - podziału portfela pomiędzy akcje i obligacje, a następnie jeszcze łatwiejszej do zastosowania - kupna funduszy stabilnego wzrostu lub zrównoważonych (inwestujących w te aktywa w odpowiednich proporcjach). Odnoszę wrażenie, że ze „Strategią permanentną” i „Strategia na każdą pogodę” w praktyce byłoby więcej kłopotów niż pożytku i obie wymagałyby ścisłego nadzoru. Poza tym jest prawie niemożliwa do zrealizowania dla przeciętnego inwestora nie dysponującego specjalistyczną wiedzą i znacznym kapitałem. Nawet profesjonaliści mają z tym poważne problemy o czym świadczą wyniki ostatnio „modnych” w portalach finansowych funduszy absolutnej stopy zwrotu. Można by się skusić co najwyżej na zakup kilku zagranicznych funduszy tego typu, które mają dłuższą i nieco lepszą historię. Ja na podstawie tego wpisu utwierdzam się w przekonaniu – nie ma to jak inwestowanie skoncentrowane. Ryzyko zwykle jest gdzie indziej niż się go najczęściej upatruje. Na dłuższą metę zależy głównie od inwestora – jego wiedzy, doświadczenia, umiejętności i gotowości do analizowania i kontrolowania inwestycji, a nie rynku. Oczywiście nigdy nie można być w stu procentach pewnym swoich możliwości. Dywersyfikacja przydaje się w trudnych momentach, ale nie może być jedynym elementem strategii inwestycyjnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno pasywne, mocno zdywersyfikowane podejście nie daje takiego potencjału zysków jak inwestycja skoncentrowana (np. na jednej klasie aktywów czy małej grupie papierów wartościowych). Jest za to dużo mniej zmienna (czytaj: ryzykowna). Na pewno każdy inwestor musi sobie odpowiedzieć na pytanie, na ile ceni równowagę i stabilność, a na ile dodatkowe ryzyko z widokiem na wyższe stopy zwrotu (lub straty).

      Osobiście potrzebuję dużej dywersyfikacji, żeby ograniczyć stres pochodzący z moich inwestycji. Ale nie jest to dywersyfikacja przypadkowa, tylko zrobiona w odniesieniu do moich osobistych okoliczości i mojej oceny okoliczności rynkowych. Odkąd mam to lepiej uporządkowane, jestem bardzo zadowolony z efektów.

      Pozdrawiam, proszę wracać!

      Usuń
  2. Inwestycja skoncentrowana czy duża dywersyfikacja?
    Osobiscie przez wiele lat stosowałem inwestycję wybitnie skoncentrowaną, czyli wszystkie jaja w jeden koszyk. Kilka razy podwoiło to wartość koszyka.
    A raz - na szczęście było to IKE - z 24 jaj zostały 2.
    Poza IKE tez z tym koszykiem bywało różnie... rynek wytłukł nie raz połowe jaj, a potem oddał i jeszcze podwoił.
    Choć spółki dobierałem jako dobre, to jednak po latach uważam, że choć korzystałem z rozumu to miałem przy tym nie mniej szczęscia.

    Teoretycznie zawsze byłem zwolennikiem dużej dywersyfikacji.
    Ale takjuż miałem :) że jak spółka wg mnie była dobra - to pakowałem w nią wszystko :))
    Co odradzam ;)

    OdpowiedzUsuń

A co Ty sądzisz?