niedziela, 24 lutego 2013

Recenzja książki „Otwarte fundusze inwestycyjne” Macieja Rogali




Książka „Otwarte fundusze inwestycyjne – zasady są proste” Macieja Rogali to druga rzecz tego autora, którą przeczytałem w ostatnich tygodniach. Jakieś dwa tygodnie temu recenzowałem jego „III filar twojej emerytury”.

Do zakupu książek przekonało mnie to, że Rogala jest związany z branżą inwestycyjną od lat 90-tych i specjalizuje się w dobrowolnych planach emerytalnych. Wpadłem też kiedyś przez przypadek na jego blog pisany dla jednego z towarzystw funduszy inwestycyjnych, który pomógł zrozumieć mi kilka kwestii (np. dlaczego fundusze obligacji mogą tracić na wartości).

Drugi powód to chęć pogłębienia wiedzy o zasadach i strategiach inwestowania za pomocą funduszy inwestycyjnych – jest to obok gwarantowanych lokat kapitału najważniejszy sposób długoterminowego inwestowania oszczędności. W przeciwieństwie do lokat bankowych czy obligacji skarbowych wymaga trochę bardziej aktywnego podejścia do swoich pieniędzy i wiedza jest w tej sytuacji niezbędna.

Czy książka „Otwarte fundusze inwestycyjne – zasady są proste” dostarcza tej niezbędnej wiedzy? Czy może pomóc nam zacząć lepiej inwestować w fundusze?

Co jest w środku?

Recenzja książki "Otwarte fundusze inwestycyjne - zasady są proste" Macieja RogaliKsiążka podzielona jest na trzy części – pierwsza przedstawia najważniejsze zasady funkcjonowania funduszy inwestycyjnych, druga zasady naszego w nich uczestnictwa, a ostatnia skupia się na strategiach skutecznego inwestowania za pomocą funduszy. Nie ukrywam, że to właśnie trzecia część wzbudziła moje największe zainteresowanie – tego potrzebuję w tej chwili najbardziej. Ale z pierwszych dwóch sekcji też sporo się nauczyłem.

Nie byłem na przykład do końca pewien, co się dzieje z dywidendami wypłacanymi przez spółki giełdowe – czy są nadal inwestowane, stają się częścią zarobku towarzystwa, a może jeszcze coś innego. Inwestując bezpośrednio przez rachunek maklerski otrzymujemy przecież ewentualne dywidendy na konto.

Okazuje się, że w funduszach są one dalej inwestowane, chociaż dalej nie wiem, w jaki sposób klienci odczują wypłatę dywidendy – czy każdy otrzyma dodatkowe jednostki funduszu, czy wzrośnie wycena każdej jednostki. Chętnie prześledziłbym ten moment na konkretnym przykładzie.

Książka Rogali opowiada na wiele takich pytań, przede wszystkim podstawowych. A wiem z komentarzy oraz formularza kontaktowego, że wiele osób nie rozumie do końca, czy ich oszczędności w funduszach są fizycznie bezpieczne (w sensie – czy towarzystwo może sprzeniewierzyć majątek klientów albo upaść i użyć funduszy do spłaty swoich zobowiązań).

Inne częste wątpliwości dotyczą opłat i kosztów inwestowania w fundusze oraz tego, jak szybko możemy wypłacić nasze pieniądze z funduszy. Na te oraz wiele innych podstawowych pytań znajdziemy odpowiedzi w tej publikacji.

Tutaj można ją nabyć w dobrej cenie – nie jest niestety tania, ale biorąc pod uwagę, ile możemy zyskać na inwestowaniu w fundusze (lub stracić jeśli robimy to bez żadnego przygotowania), wydatek powinien się wielokrotnie zwrócić.

Co mi się podobało w książce „Otwarte fundusze inwestycyjne – zasady są proste”?

Po pierwsze, na plus Rogali trzeba zaliczyć stworzenie przystępnie napisanego i nie nudnego przeglądu najważniejszych zasad inwestowania w fundusze.

Po drugie, autor jest z czytelnikami szczery, jeśli chodzi o możliwości zarobienia w funduszach. W całej książce pojawia się mnóstwo komentarzy o nieracjonalnych i emocjonalnych zachowaniach części klientów funduszy oraz porady, jak ich uniknąć. Tutaj więcej o emocjach i inwestowaniu, również w fundusze.

Szczególnie utkwiło mi w pamięci rozróżnienie na dwa typy inwestorów, z którym w całej rozciągłości się zgadzam. Jest grupa klientów, która chce osiągać bieżące zarobki z inwestowania swoich oszczędności, oraz grupa klientów, która o inwestowaniu myśli w kategoriach gromadzenia środków na przyszłość. To kompletnie różne podejścia.

Pierwsza grupa będzie oczekiwać regularnych wzrostów wartości wyceny jednostek funduszy inwestycyjnych. Jeśli ta nie następuje, zagrożony jest ich najważniejszy cel – bieżące zarabianie na swoich oszczędnościach. Problem polega na tym, że rynek kapitałowy (akcje i obligacje) nie jest w krótkiej perspektywie przewidywalny (jak np. odsetki z lokaty), więc tego typu inwestorzy narażają się na silne emocje związane z bieżącą wyceną funduszy. A ta zawsze była i będzie zmienna – w obu kierunkach.

Druga grupa ma zaspokojone bieżące potrzeby z innych źródeł (przede wszystkim praca) i nie musi lub nie chce oceniać skuteczności swoich inwestycji co tydzień albo dwa. To pozwala im zachować dystans w stosunku do aktualnej wyceny ich inwestycji, nie reagować aż tak emocjonalnie i skupić się na osiągnięciu celów w dłuższym terminie.

Kilka lat temu sam miałem skłonność do myślenia o bieżącym zarabianiu na funduszach i akcjach, więc doskonale rozumiem to rozróżnienie. Pracowałem głównie rano i wieczorami, więc miałem środek dnia do zagospodarowania i często śledziłem giełdę w Warszawie. W głowie obliczałem, jakiego zwrotu co miesiąc bym potrzebował, żeby zarobić tyle, ile na codziennej pracy i wraz ze wzrostem moich oszczędności były to coraz mniejsze liczby.

Ignorowałem jednak najważniejszy fakt – stopy zwrotu nie są takie same co miesiąc. Każdy inwestor musi liczyć się z miesiącami na minus, stagnacją portfela oraz kompletnie nietrafionymi decyzjami. To bardzo komplikuje chytry plan bieżącego zarabiania na inwestycjach – wprowadza dużo więcej stresu, emocji, możliwości pomyłek i fatalnych konsekwencji dla aktualnej wartości portfela. Dlatego osobiście wolę uwolnić bieżącą uwagę i zająć się zwyczajną pracą, a w inwestycjach kierować się długoterminowymi strategiami.

Po trzecie, dla niektórych czytelników objawieniem mogą być fragmenty poświęcone najważniejszym zależnościom między czynnikami w gospodarce a trendami giełdowymi, które mają bezpośredni wpływ na wyceny funduszy. Dla niewprawnego oka to wszystko może wydawać się kompletnym chaosem, ale z odpowiedniej perspektywy widać korelacje między elementami tego systemu – Rogala przybliża takie zależności jak stopy procentowe a fundusze, inflacja a fundusze, wzrost gospodarczy a fundusze, itp.

Po czwarte, najciekawszy z mojego punktu widzenia był rozdział poświęcony strategiom inwestowania za pomocą funduszy inwestycyjnych. Pisząc strategia mam tu na myśli systematyczne podejście do naszego portfela, najczęściej oparte o jakieś założenia matematyczne, które pozwala ograniczyć ryzyko straty i wypracować atrakcyjny zysk. Gdy tylko przejrzę inne źródła, stworzę cały cykl poświęcony konkretnym strategiom inwestowania w fundusze.

Co mi się nie podobało w książce „Otwarte fundusze inwestycyjne – zasady są proste”?

Po pierwsze, książka została opublikowana w 2006r. i niestety odzwierciedla stan wiedzy oraz prawa w tamtym momencie. O ile większość zasad funkcjonowania funduszy inwestycyjnych pozostało bez zmian, kilka informacji się jednak zestarzało (np. zmieniły się zasady obliczania limitu wpłat na IKE, które można mieć również w formie funduszy inwestycyjnych).

Do najważniejszych braków należy niezajęcie się tematem pasywnego inwestowania w indeksy, które powoli wchodzi do Polski. Są już na rynku pierwsze fundusze indeksowe oraz fundusze ETF, które proponują klientom zupełnie inną politykę inwestycyjną oraz dużo niższe koszty zarządzania.

Drugi problem to dość mocno wyczuwalne samozadowolenie autora. Jako człowiek z branży dość zaciekle broni on funduszy inwestycyjnych jako najbezpieczniejszego i najrozsądniejszego sposobu na inwestowanie oszczędności. Tekst był pisany w 2006 roku, więc nie może zawierać jeszcze oceny tego, co wydarzyło się w latach 2007/2009 z oszczędnościami klientów funduszy, oraz kilku spektakularnych wpadek poszczególnych towarzystw (np. Idea Premium, Idea Akcji).

A szkoda, bo ta branża zasługuje na dużo bardziej krytyczną analizę. Jej praktyki marketingowe i sprzedażowe przyczyniają się do błędów inwestycyjnych początkujących inwestorów. Koszty i opłaty związane z większością klasycznych, aktywnie zarządzanych funduszy są wysokie, szczególnie przy zakupie u niektórych dystrybutorów. Kwestia ryzyka inwestycyjnego oraz fizycznego bezpieczeństwa pieniędzy uczestników funduszy jest dużo bardziej skomplikowana, co pokazały choćby wpadki towarzystwa Idea.

Jakie praktyczne znaczenie mają zapisy ustawy o funduszach inwestycyjnych, które rozdzielają majątek funduszu od majątku towarzystwa na wypadek jego upadłości w sytuacji, kiedy fundusz ponosi niespodziewane straty w żaden sposób nieuzasadnione jego strategią, benchmarkiem czy średnią dla innych tego typu funduszy? Dla klienta nie ma przecież znaczenia, czy towarzystwo straciło 50% jego majątku na skutek upadłości czy na skutek fatalnych błędów w zarządzaniu. Niestety w takich sytuacjach papierowe zapisy, które wydają się chronić interes uczestników funduszu, kompletnie nic im nie dają.

Po drugie, jest to już druga książka Macieja Rogali, w której podważa bezpieczeństwo naszych oszczędności w bankach oraz towarzystwach ubezpieczeniowych, wskazując jednocześnie, że to właśnie forma funduszu inwestycyjnego najlepiej chroni fizyczne bezpieczeństwo majątku. Koronnym argumentem jest właśnie wspomniany rozdział majątku towarzystwa od majątku funduszy, którego nie ma w przypadku banków lub ubezpieczycieli.

O moim pierwszym zastrzeżeniu związanym z kardynalnymi i nieprzewidywalnymi błędami inwestycyjnymi towarzystwa, za które nie odpowiada przed klientami, wspomniałem wcześniej. Mój drugi problem z argumentami Rogali polega na tym, że kompletnie ignoruje on znaczenie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego oraz Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. A przecież te instytucje w mniejszym lub większym zakresie chronią depozyty klientów na wypadek bankructwa banku czy firmy ubezpieczeniowej. Można się oczywiście zastanawiać, jak zadziałałby BFG, gdyby jakiś duży bank splajtował, ale nie sądzę, że powinniśmy jego istnienie kompletnie ignorować porównując fizyczne bezpieczeństwo depozytów bankowych i funduszy.

Po trzecie, w książce znalazł się krótki rozdział poświęcony procentowi składanemu w przypadku funduszy – jest to jedyny fragment, którego nie zrozumiałem. W ogóle mam problem z procentem składanym przy inwestycjach obarczonych wahaniami wartości. Działanie procentu składanego przy gwarantowanych odsetkach, które powiększają regularnie kapitał, jest dla mnie jasne. Ale nikt nie wytłumaczył mi jeszcze, w jaki sposób procent składany przydaje mi się przy inwestycjach, które z roku na rok mogą tracić na wartości.

Po czwarte, to oczywiście moje subiektywne wrażenie, ale wiele fragmentów książki „Otwarte fundusze inwestycyjne – zasady są proste” czyta się jak materiały promocyjne towarzystw. Wiedząc, że Maciej Rogala jest blisko związany z tą branżą, tym bardziej brakuje mi bardziej krytycznego spojrzenia na proces inwestowania i jakość oferowanych przez firmy inwestycyjne usług.

Czy warto przeczytać książkę „Otwarte fundusze inwestycyjne – zasady są proste” Macieja Rogali?

Mimo wielu wad i dość wysokiej ceny książka Rogali przynosi jednak dla początkującego inwestora sporą wartość – przede wszystkim po stronie zrozumienia podstawowych zasad działania funduszy. Bez tego będziemy dużo bardziej podatni na emocje, plotki, niedopowiedzenia, itp., a nie wyobrażam sobie długoterminowego inwestowania w cokolwiek z poczuciem ciągłego zagrożenia, stresu i podejrzliwości wynikających z niewiedzy.

Osobiście najbardziej skorzystałem z dwóch elementów – fragmentów opisujących podstawowe strategie inwestycyjne, które można zastosować na funduszach oraz – w mniejszym stopniu – komentarzy dotyczących najważniejszych zależności między trendami giełdowymi oraz wskaźnikami gospodarczymi.

Na sporo pytań dotyczących inwestowania w fundusze wciąż nie mam odpowiedzi (np. rola procentu składanego).




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

A co Ty sądzisz?